Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

martwa odra

Cieszyłem się bardzo na samą myśl że dzisiaj wybiorę się z bratem na ryby, naszym celem była Odra , która zeszłego roku niezbyt przyjażnie na nas spoglądała, była bardzo chimeryczna, a nawet skąpa. Pomimo swej niegościnności nie dałem jej za wygraną, postanowiłem zapanować i chociaż przez trochę ją ujarzmić , wiedziałem że moje postanowienie równa się zeru a jednak z takim idiotycznym postanowieniem jechałem aby się z nią spotkać. Sam się śmiałem z mojego postanowienia , mimo to byłem dobrej nadziei i myśli że dokonam to czego inni moi koledzy nie dokonali tydzień wcześniej będąc na Odrze - po prostu nie mieli nawet jednego brania, dla mnie była to rzecz niemożliwa, nie wierzyłem w to, abym i ja został podobnie potraktowany przez wody tej rzeki.

 



 

Zajechaliśmy po uprzednim zaopatrzeniu się w sklepie wędkarskim w odpowiednie zanęty i wszelkiego rodzaju robactwa wydawało by się że nawet na przerost, zabrakło wyczucia bądz umiaru przy zakupie, zadawałem sobie już nad wodą po co mi aż trzy pudełka białych robaków i cztery kg zanęty na płoć ? do tego dwa pudełka czerwonych robaków, wiem że się to nie zepsuje gdyż za tydzień znów wyruszam nad wodę i będzie jak znalazł. Nad wodę dotarliśmy spokojnie i stwierdziłem że jesteśmy jako pierwsi, zaczęliśmy wybrzydzać na całym brzegu gdzie i jaką miejscówkę sobie wybrać , jeżdziliśmy z miejsca na miejsce i wybieraliśmy może ta ? albo tamta . W końcu i tak wybrałem swoje ulubione miejsce nie opodal słupa pomiaru poziomu wody , na nasze szczęście gdy już rozkładaliśmy się na naszej miejscówce schodził po schodach gościu odpowiedzialny za pomiar wody , popatrzył , podumał krótkie "dzień dobry" z jego i naszej strony i odszedł tak cicho jak przyszedł.

Wspiął się po schodach i znikł za zakretem gdzie miał swój mały domek otoczony małym sadem, latem i jesienią korzystaliśmy z dobroci jego sadu, gdyż konary drzew owocowych zwisały poza siatką ogrodzeniową , wiśnie i gruszki były szczególnie smaczne , kupne tak nam nie smakowały jak te zrywane przez płot......ach, co za smak ? Może dlatego tam jest moja ulubiona miejscówka........hehehe, blisko sadu i ich smakowitych owoców ? Niejednokrotnie przechodziliśmy obok jego domu do sklepu i mimo wszystko ręka sama sięgała po zakazany owoc , ale cóż taka jest natura ludzka. Drzewa te, zanim ich owoce na prawdę dojrzeją wyglądają trochę śmiesznie , od strony zabudowania są pełne owoców natomiast od strony wody są ogołocone co do jednego owocu, wygląda to dość zabawnie ale właściciel jest już przyzwyczajony do tej sytuacji. Wie że jego interwencja niczego nie wniesie nowego w tej sprawie. Pogodził się i nie reaguje nawet gdy widzi kogoś zrywającego owoce z drugiej strony ogrodzenia................

Wędki nasze wkrótce zostały zarzucone , zacieraliśmy ręce z nadzieją że za chwilę któremuś z nas dzwoneczek da znać że coś się pod taflą wody dzieje, czekaliśmy z wielką niecierpliwością na ten cudowny znak , zrobiliśmy w między czasie kawę którą powoli sączyliśmy. Mżawka przerodziła się w lekki kapuśniaczek, który zaczynał nam psuć humor, rozłożyłem parasol, ale na nic to się zdało wiatr wiejący dopełniał wszystkiego, a brania jak nie było tak nie było..........przerzucaliśmy wędki co jakiś czas i niestety robactwo było nie naruszone, opowiadaliśmy sobie o lepszych czasach , gdzie wędkarz nad wodą miał ręce pełne roboty, gdzie nie "gadżet" łowił rybę - tylko zwykły kij leszczynowy, a póżniej bambusowy był cudem techniki w ręku wędkarza i właśnie na nie łowił swoje cudowne rekordy i okazy a rekordy te nie jednemu dziś mogą się tylko przyśnić. Nie jedni z opowiadań to tylko znają , gdyż są jeszcze młodymi osobami ale i oni będą swoim pokoleniom opowiadać jakimi kręciołami i wędkami dysponowali na dzień dzisiejszy, a należy pamiętać że wspomnienia są bardzo romantyczne bez względu na formę przekazu.

Mijały godziny, jakoś nikt nie kwapił się przyjechać w tą pogodę na ryby, brzeg był całkowicie pusty nie licząc naszej obecności. Z niedowierzaniem rozglądałem się w obie strony, jednak nikogo oprucz nas nie było,byliśmy sami a woda wydawała się być całkowicie martwa. Rozmowa powoli nam się nie kleiła, brakowało tematu, jednak w milczeniu spoglądaliśmy na nasze wędki jakbyśmy chcieli je ożywić, aby choć raz dały nam ten znak że coś się dzieje, ale to były tylko złudzenia. Byliśmy bezsilni wobec natury, wiedzieliśmy już że nic na siłę nie zdziałamy, musimy okazać jej pokorę i pogodzić się z tym. Powoli kapuśniaczek przerodził się w deszcz ze śniegiem, nie mieliśmy innego wyboru jak tylko się pakować i pożegnać nieprzyjazną nam dzisiaj wodę. Wiem jednak że następnym razem znów przyjadę tutaj z nadzieją na małe wędkowanie na lepszą współpracę z rybkami, dzisiaj to była nie pierwsza i nie ostatnia lekcja jaką dostałem, powracam z nadzieją że kiedyś ta woda się otworzy przede mną i wynagrodzi za upór i pozwoli radować się jej dobrem.....................