Facebook G YT Twitter

Usunięcie danych osobowych z portalu marfish.pl

UWAGA!

W związku z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) oraz w związku z USTAWĄ z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (tekst pierwotny: Dz. U. 1997 r. Nr 133 poz. 883) (tekst jednolity: Dz. U. 2002 r. Nr 101 poz. 926) (tekst jednolity: Dz. U. 2014 r. poz. 1182) (tekst jednolity: Dz. U. 2015 r. poz. 2135, 2281) (tekst jednolity: Dz. U. 2016 r. poz. 922) 

informuję iż do końca kwietnia 2018 r wszystkie dane użytkowników portalu marfish.pl zostaną trwale usunięte ze stron portalu, serwera i baz danych.

Likwidacji ulegnie także galeria zdjęć.

Administrator

Marek Malman 

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

   I chyba się opłacało bo spławik przyniżył się i zaczął powoli ale zdecydowanie odjeżdżać w kierunku głęboczki  po prawej stronie na skraju zanurzając się całkowicie pod wodę. Lekkim ruchem zaciąłem uciekinierkę, co spowodowało terkotanie zapadki mojego kołowrotka  jeszcze chwilę namysłu i zabrałem się za wybieranie żyłki, wędka ugięła się dość pokaźnie, spokojnie podciągałem ją do brzegu, jednak rywal  nie zbyt dawał się wyholować bez walki, odpływał to na prawo to na lewo, walczyłem z nim bez skrupułów skracając dystans między nami.

 

 

 

Chciałbym wrócić do młodzieńczych lat, kiedy to wszystko było proste i życie było łatwiejsze choć czasy do łatwych nie należały .



Był rok 1984 miałem wówczas 14 lat , rok  wcześniej złowiłem swoją pierwszą życiową rybę która była rekordem Polski , w międzyczasie otrzymałem od starszego brata wędkę, prawdziwą bambusową 3 składową  wyposażoną w kołowrotek z ruchomą szpulą.

Cóż to była za radość mieć własną profesjonalną wędkę wyposażoną w przelotki z ceramicznymi wstawkami,  zestawy lądowały zawsze tam gdzie chciałem je umieścić , fakt kosztowało mnie to trochę treningu na łące, z wędką pozbawioną haczyka.

Spędzałem więc coraz więcej czasu na połowach, próbowałem też różnych przynęt  i tak po raz pierwszy łowiłem na larwy chruścików, na pijawki, koniki polne i inne gąsienice oraz larwy owadów.

Jednak największą radością było dla mnie zawsze odszukiwanie nowych zbiorników wodnych w najbliższej okolicy. Tak więc kilka sadzawek które odkryłem dało mi niesamowitą satysfakcję połowu ciekawych i walecznych ryb, uwielbiałem  wypady na karasie – zresztą do dziś bardzo lubię holować te  agresywne złote talarki.

 

 

 

Umówiliśmy się w szkole z kolegą na wędkowanie na starej opuszczonej żwirowni w sąsiedniej miejscowości. Mimo czerwca  ranek nadszedł chłodny i wietrzny, słońce wschodziło bardzo ostrym światłem  wiatr zacinał z zachodu co utrudniało jazdę rowerem , po  czterdziestu minutach byłem  pod drzwiami kolegi który zaprosił mnie na swoje łowisko, kolega był zapalony wędkarz Longin, czekał już na mnie zniecierpliwiony.

- a ty co, zapomniałeś na którą się umówiłeś?

- nie ale wiatr nie pozwalał szybciej pedałować tą moją Ukrainą – odparłem z uśmiechem, teraz dopiero zdałem sobie sprawę że jestem spocony jak szczur, i dyszałem ciężko  te 10 kilometrów pod wiatr dało mi się we znaki.

- no to ruszamy.

Od domu Longina do żwirowni było jakieś 700m czas nam upłynął dość szybko, jadąc rowerami po polnej drodze wzdłuż sosnowego zagajnika który wyciszył porywiste podmuchy.

 

 

Żwirownia była złożona z dużej ilości oczek wodnych połączonych ze sobą kanalikami tworząc skupisko górek i wysp rzadko porośniętych krzewami i sporadycznie sosnami samosiejkami.

Na jednej z takich „wysepek” Loniu miał swoje stanowisko, żeby do niej dotrzeć trzeba było przejść po kładce ze starego omszonego pnia , dobre maskowanie tego miejsca stanowiła góra piachu , oraz to że była obrośnięta wierzbą i sosnami od strony drogi z drugiej strony  było pięknie wybrane w piachu stanowisko z ławeczką wyposażoną w oparcie wykonaną z żerdzi sosnowych, miejscem na ognisko i podpórkami na wędki. Przed nami znajdowała się tafla wody szeroka na 20 - 25m tu i ówdzie porośnięta grążelami oraz liliami wodnymi . Według słów Longina miejsce posiadało dwa głębokie na 6 m dołki pomiędzy którymi znajdował się płaski blat głęboki na ok. 1,5 m. Ustaliliśmy miejsca moje było przy prawym dołku i ogarniało pół blatu, Loniu adekwatnie wziął lewą część tegoż, wraz z dołkiem po swej stronie. Czułem że przepocony zacząłem się trząść z zimna ale napięcie i rządza przygody nie pozwoliła mi się do tego przyznać.

- Longin, zanęcałeś wcześniej to miejsce?

- jasne, już tydzień codziennie sypię tu codziennie wiadro parzonej śruty kukurydziano- pszenicznej.

- no to miejmy nadzieję, że rybom przypadła do gustu. – powiedziałem z uśmiechem

- człowieku tu są takie „japońce” że w życiu takich nie widziałeś !

- obyś miał rację.

Tak przekomarzając się rozkładaliśmy nasz skromny sprzęt, na jaki było nas wówczas stać,  para przyjaciół ze szkoły w sobotni ranek na dwa czy też trzy tygodnie przed wakacjami.

Longin wyjął z pudełka żabę z której udka spreparował przynętę, podobno miał być to hit na tutejsze okonie, ja tradycyjnie założyłem czerwonego robaka i tak nasze zestawy wylądowały przy słupkach oznaczających krawędzie blatu trzeba było jednak poprawić mój zestaw z powodu zbyt dużego gruntu , poprawienie spławika i ponowny rzut na krawędź dołka.

Wiatr marszczył taflę podbijając nasze spławiki w sobie znanym rytmie i pochylając je pod dużym kątem, na pierwsze zanurzenie się spławika zareagowałem  zbyt nerwowo i ryba mi się spięła, cóż następny czerwony robaczek zawisł wesoło wywijając się na haku. Tym razem zarzuciłem spławik w okolice grążeli, zachowywaliśmy się dość cicho by nie zdradzić swojej pozycji nikomu nie powołanemu, myślę że już wówczas wiedziałem że ryby słyszą doskonale.

Ale i spotkanie się z kimś dorosłym na żwirowni budziło w nas obawy, a to z tej przyczyny że kilkanaście lat wcześniej osuwająca się ziemia przysypała tam dorosłego mężczyznę, a pomoc przyszła za późno, tak więc dorośli bardzo ostro reagowali na wszelkie przejawy kręcenia się dzieci po żwirowni.

Delikatne trącenia na moim spławiku przyjąłem za skubanie drobnicy, a faktycznie w wodzie było bardzo dużo mieniących się różanek które połyskiwały w słońcu jak konfetti.

Longin w tym czasie miał już, ze cztery karasie srebrzyste którymi nie omieszkał się za każdym razem chwalić, następne przyniżenia spławika były jak by bardziej zdecydowane, mając jednak w pamięci zerwaną rybę na początku połowów – czekałem cierpliwie.

I chyba się opłacało bo spławik przyniżył się i zaczął powoli ale zdecydowanie odjeżdżać w kierunku głęboczki  po prawej stronie na skraju zanurzając się całkowicie pod wodę. Lekkim ruchem zaciąłem uciekinierkę, co spowodowało terkotanie zapadki mojego kołowrotka  jeszcze chwilę namysłu i zabrałem się za wybieranie żyłki, wędka ugięła się dość pokaźnie, spokojnie podciągałem ją do brzegu, jednak rywal  nie zbyt dawał się wyholować bez walki, odpływał to na prawo to na lewo, walczyłem z nim bez skrupułów skracając dystans między nami.

Przyjaciel widząc co się święci, przygotował podbierak by  podebrać moją rybę, tuż przy brzegu, widzieliśmy oliwkowy grzbiet , jeszcze chwila i przeciwnik wylądował miękko w siatce podbieraka. Faktycznie łowisko Longina  było perfekcyjnie przez niego zanęcone, a 3,5 kilogramowy lin pobił wszystkie dotychczas złowione przez mojego przyjaciela japońce. Radość była ogromna ale i pora dość wczesna by zakończyć połowy.

Połowy zaczęły się na dobre co jakąś chwilę lądowały w siatce karasie, to srebrne to złote, w końcu i Longin wyholował lina takiego ze 2 kg, tak to były czasy w których w byle zagłębieniu wypełnionym wodą, można było złowić coś przyzwoitego bez zbytnich nakładów i zasiadek. Wystarczyło kilka dni wcześniej podsypać coś do łowiska by ryba przyzwyczaiła się do miejsca i już były efekty.

Jeszcze kilka 30-40 dag karasi, i nastało południe czas był pozwijać sprzęt by wybrać się do domu.

Pamiętam że tego dnia przywiozłem do domu ok. 10 kg ryb, ale opowiadam wam te historie dlatego by zwrócić uwagę na jeden mały fakt.

   Byłem tego dnia dość mocno  spocony i po dość forsownej jeździe na rowerze, w niesprzyjającej pogodzie usiadłem na kładce nie zmieniając ubrania na suche, tamten dzień mimo udanego wypadu na ryby skończył się dla mnie poważnym zapaleniem płuc i 2 tygodniową walką o zdrowie. Tak więc warto zabrać drugi komplet odzieży na wypad wędkarski, zapakowany w foliową torbę żeby nie przemókł dlaczego – to już inna historia którą też niebawem opowiem.

 

 

 

 

You have no rights to post comments

Nie jesteś zalogowany.

Terminy Live

Kanał Marfish.pl - wędkarstwo i przygoda

After Marfish - .......................

Hangout - .....................

Live z nad wody - ---------2018 r.

Zazwyczaj godzina 20:00

Terminy mogą się zmienić.

Wsparcie

Jeśli uważasz, że to co robi autor jest przydatne, możesz go dobrowolnie wesprzeć.

PayPal.Me/MarekMalman

Logowanie

Kto jest On Line

Odwiedza nas 131 gości oraz 0 użytkowników.

Legendy polskie

Legendy polskie

Wiedźmin

Wiedźmin

Grodziska Pirissani

Wczesnośredniowieczne grodziska plemienia Pirrissani

Baśnie Andersena

Baśnie Andersena

Baśnie Grimm

Baśnie grimm

Strict Standards: Only variables should be assigned by reference in /home/marfish/domains/marfish.pl/public_html/modules/mod_cookiesaccept/mod_cookiesaccept.php on line 24

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem