Facebook G YT Twitter

UWAGA!

Strona nie przechowuje żadnych danych osobowych, poza imieniem i nazwiskiem autorów i bohaterów artykułów.

Administrator

Marek Malman 

Ocena użytkowników: 3 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 Zupełnie nieoczekiwanie, bez żadnego uprzedzenia i żadnej zapowiedzi, nagle, i z ogromną energią nastąpiło karpiowe branie na mojej lewej karpiówce. Branie było tak dynamiczne i zdecydowane, że wędka skakała na podpórkach, a piłeczka sygnalizująca zrobiona z opakowań po foliowych ochraniaczach na buty kupionych w szpitalnym automacie stukała w wędkę.

 



21 lipca 2005 roku skoro świt pojawiłem się na swoim stanowisku na zbiorniku Koryto, które za pomocą specjalnie przygotowanej do tego celu procy zanęciłem poprzedniego dnia żółciutkimi nasączonymi bananowym zapachem kulkami proteinowymi. Zarzuciłem zestawy do wody i rozstawiłem parasol, który chronił mnie od wiatru i słońca. Na niebie unosiły się, przelatując powoli nad moją głową cumulusy, które mój przyjaciel i nauczyciel nazywał przekornie babolami. Ten stary wędkarz twierdził, że fruwające po niebie babole, są dla wędkarzy znakiem, że ryby żerują i miał w tym rację o czym przekonałem się wielokrotnie. W powietrzu unosił się przyjemny zapach bananów wydobywający się z pudełek z atraktorami, dipami i z kulek, które właśnie przygotowywałem krzątając się aby nimi donęcić łowisko. Mieszał się on z zapachami łąk, wśród których położone jest Koryto. Było lato, a latem na karpie najlepszymi zapachami są zapachy owocowe. Ten okres w roku uwielbiam właśnie z powodu zapachów, które używam. Wiosną i jesienią moje ręce są przesiąknięte różnymi śmierdzielami takimi jak zapach raka, wątroby, kraba czy też innymi, których konieczność wąchania jest dość nieprzyjemnym doznaniem. Latem co innego, latem zapach bananów, truskawek, wanilii, róży i innych dodaje karpiowaniu dodatkowego uroku. Mając zarzucone już karpiówki zalewałem bananowym atraktorem przygotowane proteinowe kulki zanętowe.

Zupełnie nieoczekiwanie, bez żadnego uprzedzenia i żadnej zapowiedzi, nagle, i z ogromną energią nastąpiło karpiowe branie na mojej lewej karpiówce. Branie było tak dynamiczne i zdecydowane, że wędka skakała na podpórkach, a piłeczka sygnalizująca zrobiona z opakowań po foliowych ochraniaczach na buty kupionych w szpitalnym automacie stukała w wędkę. Natychmiast przerwałem krzątaninę i podszedłem do wędki leżącej na podpórkach. W tym czasie na kilka sekund szpula kołowrotka przestała się kręcić. Już po chwili znowu żyłka wysnuwała się z kołowrotka z ogromną prędkością. Tu nie było żadnej wątpliwości to było karpiowe branie ! Po chwili karpiówka była w moich rękach. Karp uciekł mi w lewo w trzciny rosnące przy stromym urwistym brzegu i tam próbował uwolnić się z haczyka. Nie widziałem co działo się w trzcinach. Odciągałem wędką karpia od brzegu, choć było to nie lada trudne zadanie. Stałem bowiem na skarpie, jeden krok dalej i wpadłbym do głębokiej wody mając na sobie wodery i nie potrafiąc pływać. Mogło to się dla mnie źle skończyć ale w tej chwili nie było to ważne. Wysunąłem więc wędkę do przodu i wychyliłem się jak tylko mogłem. Naprężyłem żyłkę przy mocniej dokręconym hamulcu kołowrotka i siłowałem się z karpiem. Po kilku minutach udało się, karp ku mojemu zaskoczeniu przypłynął pod moje stanowisko, pozwalając mi zwinąć dość sporo żyłki. Był pode mną na głębokości trzech metrów. Chwilę potem przełamał opór hamulca i popłynął znowu w trzciny po mojej lewej stronie, a ja znowu go stamtąd próbowałem odciągnąć przyjmując wcześniejszą dość niebezpieczną dla mnie pozycję. Tym razem odpłynął jednak bliżej i poprzez szpary w trzcinach widziałem jak buzuje woda, gdy trzymany na wędce cyprinus robił młynki tuż pod powierzchnią wody. Przykręciłem mu jeszcze bardziej hamulec i próbowałem siłowo zakończyć hol. Zacząłem pompować wędką i przyciągać karpia do siebie. O dziwo nie musiałem go długo do tego nakłaniać, gdyż przypłynął znowu pod moje nogi po czym nagle dał nura w głębinę wyciągając z siłą żyłkę ze szpuli kołowrotka. Zacząłem go odrywać od dna i ni stąd ni zowąd, nagle miałem go już w zasięgu podbieraka. Na krótkiej wędce z dokręconym ( niepotrzebnie ) hamulcem trzymałem swoją zdobycz, która wynurzyła się i zaczęła kręcić młynki w wodzie tuż pod moim nosem. Był ogromny, największy ze wszystkich moich zdobyczy! Lustrzeń miał ciemno brązowe ubarwienie. Kręcił się jak szalony przede mną. Jego łuski ułożone na boku ciemnobrązowego tułowia świecąc odbitym światłem porannego słońca wyglądały niczym pas przyozdobiony ogromnymi drogocennymi diamentami. Ten bajeczny widok pięknej rybiej istoty utkwił mi tak mocno w pamięci, że jeszcze dziś po czterech latach z łatwością przywołuję go w myślach. Piękno dzieł stwórcy jakie wędkując mam możliwość oglądać sprawia, że czuję się malutki i jestem wdzięczny Bogu, że mogę oglądać to co w swej miłości do nas uczynił właśnie dla nas. W chwili gdy schylałem się po podbierak cyprinus zakręcił kolejnego młynka i zerwał się z haczyka. Nie powiedział mi nawet do widzenia i odpłynął w siną dal, pozostawiając po sobie tylko miłe wspomnienie i radość przeplataną smutkiem. Nie czułem się przegrany, przeciwnie byłem szczęśliwy, bo udało mi się sobie samemu udowodnić, że naprawdę ogromne dwucyfrowe karpie są jeszcze do złowienia w bliskiej odległości mego domu ( dokładnie 11, 4 km).

Natychmiast wysłałem smsa do mojego kolegi Damiana* pisząc mu co się stało. Ten urwał się z pracy i około południa siedział kilkadziesiąt metrów ode mnie ze swoimi karpiówkami. Około 13-tej Damian zaczął mnie wołać. Pobiegłem do niego. Jego wędka była wygięta, a on delikatnie holował karpia. Okazało się, że nie rozłożył jeszcze podbieraka, pobiegłem więc z powrotem do siebie po swój. Po chwili pełnołuski karp był na brzegu i zaraz potem wrócił do wody. Przez kilka następnych dni z nieba lał deszcz. Kiedy już się wypadał, pojechaliśmy na Koryto znowu. Przez cały dzień nie mieliśmy żadnego brania. Do wody leciały ciągle bananowe kulki proteinowe, w końcu nastała noc. Przespaliśmy się na tylnych siedzeniach swoich samochodów. Obudziłem się dopiero około 6-tej. Byłem zły na siebie, że zaspałem. Nie po to nocowałem w tych mało komfortowych warunkach, by wstawać tak późno ale stało się. Zarzuciłem szybko wędki i zaparzyłem sobie kawę na kuchence gazowej. Nagle piłeczka sygnalizująca brania podjechała pod wędkę, a z kołowrotka zaczęła uciekać żyłka. Zawołałem Damiana i zacząłem pojedynek z kolejnym porannym karpiem. Poluzowałem hamulec i delikatnie holowałem rybę do brzegu. Tym razem odjazd nastąpił w moją prawą stronę. Karp miał tyle samo energii co jego poprzednik ( uwielbiam ten moment, gdy karp, ta atomowa łódź podwodna przełamuje opór hamulca kołowrotka i ucieka ile sił w płetwach wyciągając żyłkę z kołowrotka ). Poprosiłem Damiana, żeby zrobił mi zdjęcia. Jednocześnie, delikatnie holując rybę, udzielałem koledze instrukcji obsługi mojego aparatu fotograficznego. Karp kilkakrotnie uciekał, robił młynki, aż pokazał się nam w zasięgu podbieraka. Widzieliśmy go dokładnie, kręcił młynki tak samo jak ten sprzed kilku dni i tak samo jak jego poprzednik spiął mi się z haczyka tuż przed podebraniem. Nie miałem ani karpia, ani zdjęć, bo Damian niczego nie uchwycił.
Miałem za to satysfakcję i to ogromną. Naładowałem się i to mocno pozytywną energią. Okazało się, że moje przynęty były na tyle dobre aby zwabić dwa ogromne karpie. No cóż w swoim szczęściu miałem tez i pecha ale wcale się tym nie przejąłem i rok później wygrałem pojedynek z jednym z karpi z Koryta. Cyprinusy cwaniakusy bo tak nazwaliśmy karpie z tego zbiornika nadal jeszcze tam są i kiedyś znów tam pojadę choć dziś mieszkam dużo dalej od tego wyrobiska niż wtedy.

Branie tych trzech cyprinusów cwaniakusów nastąpiło przy ciśnieniu atmosferycznym o wartości 1005 hPa. Wiał wtedy południowo zachodni wiatr, a po niebie frunęły babole.



Cyprinus cwaniakus in Koryto
Na karpiarzy gęste sito!
Choćbyś grochu sypał tonę,
Kukurydzę wiózł wagonem,
Konopiami gdybyś nęcił,
Karp się nad tym nie zakręci!
Jedna tylko nań taktyka –
Upór, mozół i praktyka!


Cyprinus cwaniakus in Koryto
Na karpiarzy gęste sito !
Choćbyś sztywno go holował,
Albo luźno go traktował,
Hamulcami choćbyś kręcił,
Karp się przy tym nie zniechęci !
Jedna tylko nań taktyka –
Upór, mozół i praktyka !

* Imię zostało zmienione

 

 

 

You have no rights to post comments

Najnowsze Posty na forum

Nie jesteś zalogowany.

Logowanie

ecyprinus2

Wsparcie

Jeśli uważasz, że to co robi autor jest przydatne, możesz go dobrowolnie wesprzeć.

PayPal.Me/MarekMalman

Kto jest On Line

Odwiedza nas 226 gości oraz 0 użytkowników.

Grodziska Pirissani

Wczesnośredniowieczne grodziska plemienia Pirrissani

Strict Standards: Only variables should be assigned by reference in /home/marfish/domains/marfish.pl/public_html/modules/mod_cookiesaccept/mod_cookiesaccept.php on line 24

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem