| Audiencja u króla rzeki |
|
|
|
| Wpisany przez Marek Malman | |||||
| sobota, 24 lipca 2010 21:43 | |||||
Strona 1 z 2
Moje opowiadanie o sumie napisane za namową mojej wspaniałej koleżanki Karoliny Rębisz. Karolinko w podziękowaniu za Twe dobre serce.
Karolinko spełniaj swoje marzenia, tak jak to zrobił bohater tego opowiadania. Pewnego lipcowego wieczoru nad rzeką w cieniu czarnej olchy w krzakach przy brzegu rzeki, siedział dla nikogo nie widoczny człowiek. Inni ludzie, którzy nad tą rzeką szukali ochłody, porozbierali się prawie do naga i z wytrwałością wystawiali swe rozgrzane słońcem ciała na ledwie wyczuwalne podmuchy wiatru. Upał tego dnia był ogromny i aż prosiło się o deszcz. Po rzece pływał kajak, a w nim siedziało dwóch ludzi. Pływali w tę i z powrotem na długim prostym odcinku głębokiej rzeki, która tu w krainie leszcza niosła leniwie swe zmącone już wody do pobliskiego morza. Ludzie w kajaku wzbudzili dość powszechną sympatię wśród zgromadzonych na trawiastym brzegu licznych amatorów słońca. Za każdym razem gdy kajak przepływał obok obozowiczów, ci wymachiwali do kajakarzy i kibicowali im z radością krzycząc: tempo, tempo… - Przeklęci kłusole, oby wam się ta kotwica wbiła w jakiś kołek leżący na dnie! – Mówił do siebie w myślach niewidoczny obserwator, odgadując, że do kajaka przywiązana jest lina ciągnąca przy dnie kłusowniczy sprzęt. Nie komentował jednak głośno tego co widział, przyglądał się tylko bacznie wszystkiemu co się dzieje w tej chwili w przyrodzie. Jako pierwszy zauważył, nadchodzącą z dala nawałnicę. Czekał tu na nią z nadzieją, że kiedy już nadejdzie, to będzie mógł zaobserwować w wodzie pewne zjawisko, którego był bardzo ciekaw. Dostrzegł oczyma przyrodnika, że kolor nieba na południu zmienił się z niebieskiego w szary. Zaczynał też wiać słaby wiaterek, który chłodził wymęczone już upałem ciała ludzi. - Nie myliłem się! – Powiedział do siebie w duchu. - Jesteś tu, tak jak myślałem. Teraz już jesteś mój! Po pół godzinie burza zaczęła słabnąć. Od strony z której nadeszła widać już było jasne niebo. Z każdą minutą była coraz dalej. Kajak jednak stał w miejscu z wystraszonymi na pokładzie dwoma pobladłymi ludźmi. Znajdował się około dwudziestu metrów od brzegu i płynął coraz szybciej pod prąd rzeki na jej środek. - Ciekawy jestem co wy teraz zrobicie cwaniaczki? Nie wierzę, że dacie mu radę, za słabi na to jesteście… - pomyślał obserwator spod drzewa. Wioślarze zaczęli przeciwstawiać się sile znoszącej ich na środek nurtu, wiosłując z coraz większym zapałem. Strach już ich opuścił, a niebezpieczeństwo nagłego żywiołu przestało już im grozić. Plażowicze, którzy powychodzili właśnie ze swych samochodów, zajęli się zbieraniem swoich ubrań, krzesełek i leżaków porozrzucanych przez wiatr. Spoglądali w czasie tej czynności kątem oka na dziwne niezrozumiałe zjawisko dziejące się na środku rzeki. Wielu z nich odnalazłszy już swoje rzeczy, zaczęła się z coraz większą uwagą przyglądać temu co dzieje się z kajakiem. - Musisz być bardzo duży, cieszy mnie to – pomyślał obserwator. Nim dwaj desperaci się zorientowali w swym błędzie, kajak przynurzył się tak, że przez kokpit zaczęła się dostawać woda. Nie trzeba było już długo czekać aby obaj wpadli do rzeki. Na ten widok zgromadzone kobiety uderzyły w krzyk, a mężczyźni otworzyli szeroko usta w oczekiwaniu na dalszy bieg zdarzeń. Obaj rozbitkowie po chwili wypłynęli na powierzchnię. Na szczęście potrafili pływać i po kilku minutach byli na brzegu. - Teraz moja kolej - pomyślał obserwator oddalając się od rzeki. Następnego dnia cichy obserwator kryjący się przez cały czas trwania tego zdarzenia w przybrzeżnych krzakach w cieniu olchy, pojawił się nad rzeką w porze popołudniowej. Trzymał w reku wędkę z kołowrotkiem, a na plecach niósł średniej wielkości plecak. Po jego ruchach i spojrzeniu widać było, że jest to człowiek pewny swego, wiedzący co robi. Tak było faktycznie, znał bowiem dokładnie ten fragment rzeki. Wcześniej dokładnie wszystko sprawdził, rzucając wiele razy marker mierzący głębokość wody, znalazł na dnie rzeki głęboki dół. Zdarzenie z kajakiem potwierdziło, że nie mylił się w swoim odkryciu. Po kilku minutach wędka, którą był prawie trzy metrowy spinning była gotowa do pracy. Na końcu grubej plecionki założony był dziesięciocentymetrowy nurkujący głęboko wobler. Kołowrotek na który nawinięta była plecionka miał dość okazale rozmiary. Szpula z całą pewnością mogła pomieścić co najmniej 300 m plecionki. Wędkarz podszedł do brzegu i zaczął wykonywać rzuty. Rzucał daleko swoją przynętę i ściągał ją do siebie prowadząc ją tuż nad dnem. Za każdym razem starał się aby wpływała w rzeczny dołek. Do zmroku jednak nie było żadnego brania, żadnego śladu życia w rzece. Tak było codziennie przez tydzień. Wędkarz wykonywał tysiące rzutów, zmieniał przynęty i obławiał spory obszar wokół dołka – wszystko na nic. - Co ja tutaj robię? - Pytał sam siebie. – Moknę w tym cholernym deszczu z wędką zaczepioną jak zwykle o jakieś paskudztwo. Przypomniał sobie jednak, to co pewnej nocy słyszał siedząc w osamotnieniu nad rzeką. Była to noc spokojna, bezksiężycowa, ciepła - czerwcowa. Wybrał się wtedy nad rzekę bez swojego wędkarskiego sprzętu. Coś wtedy go ciągnęło nad wodę, rzeka przywoływała go do siebie swym śpiewem słyszanym tylko w jego podświadomości. Tuż po zapadnięciu zmroku usłyszał głośny pocałunek, całus, cmoknięcie. Dźwięk ten dobiegał od strony rzeki. Po chwili całuśnik znów skradł swej oblubienicy podobnego całusa. Po tych przejawach czułości wędkarz usłyszał pojedynczy bardzo głośny huk, jakby głazu wrzuconego do wody z dużej wysokości. Było wtedy ciemno i wędkarz niczego nie widział. Domyślił się jednak, że to sum całując powierzchnię wody zasysał z niej ledwie uśpioną drobnicę. Po czym spławił się z hukiem i pewnie odpłynął, bo żadne więcej dźwięki już nie dotarły od strony rzeki.
|





