To coś ciągnęło mnie w stronę brzegu, na którym w końcu wylądowałam. Tam jakaś dziwna istota na mój widok zaczęła wydawać bardzo głośne dźwięki. Powietrze całe drżało od tego hałasu.
Węgorzowe Morze
Tę opowieść dedykuję Karolinie Rębisz, która mnie namówiła do jej napisania.
Komu w drogę temu czas! Tak, czas się zbierać na tę ostatnią podróż. Nic tu już po mnie. Trochę szkoda tego jeziora, bo fajnie się w nim mieszkało jednak musze je już opuścić i to na zawsze. Ostatnio przypłynęło tu sporo młodzieży. Są tacy weseli, żywi i wszędzie ich tu pełno. Też taka byłam kilkanaście lat temu. Dziś się bardzo zmieniłam, urosłam, moje ciało się wydłużyło i pogrubiło i mam wrażenie, że jestem bardzo ale to bardzo silna i wytrzymała. Od kilkunastu lat odkąd tu żyje miałam pod dostatkiem pokarmu. Zajadałem sobie rybki, różne larwy i ślimaki, jezioro jest naprawdę bogate. Nie miałam tu problemu z upolowaniem czegokolwiek. Rok temu jednak miałam dziwną przygodę. Na dnie leżała martwa płotka i postanowiłam, że ją sobie zjem. Była noc ale z brzegu dochodziło jakieś światło, więc, tę płotkę nawet dobrze widziałam. Podpłynęłam do niej i próbowałem ją połknąć. Coś mnie jednak ukuło w pysku. Nie wiedziałam co to jest? Po chwili jakaś dziwna ale mocna siła zaczęła mnie ciągnąć. Nie dawałam się bardzo długo, jednak po jakimś czasie byłam zmuszona się poddać. To coś ciągnęło mnie w stronę brzegu, na którym w końcu wylądowałam. Tam jakaś dziwna istota na mój widok zaczęła wydawać bardzo głośne dźwięki. Powietrze całe drżało od tego hałasu. Ta istota złapała mnie w swoje długie kończyny, a ja się wokół jednej z nich owinęłam i zaczęłam ściskać. W końcu coś mi wyszarpnęło z pyska całą płotkę i zaczęło mnie odwijać. Nie dawałam się. Ta kończyna była dokładnie taka gruba jak ja, ale krótsza znacznie. W końcu dałam za wygraną, bo ileż można się bez sensu siłować. Spadłam w wysoką trawę i szybko popełzałam w stronę jeziora. Powietrze w tym czasie drgało od krzyków tej istoty jeszcze mocniej, niż wtedy gdy wylądowałam na brzegu. Kiedy znikałam w wodzie w moją stronę zaświeciło bardzo mocne światło i ta istota chyba mnie zauważyła. Nie chciało mi się już jednak do niej wracać i odpłynęłam jak najdalej. Wracając do tej podróży w którą się wybieram, to powiem że co roku kilka osobników mojego gatunku, tych największych i najstarszych odpływało od nas. To były naprawdę bardzo duże i silne węgorze. Tuż przed odpłynięciem ich wygląd zmieniał się nieco. Widziałam zawsze, że zmieniało się ich ubarwienie, ich brzuch stawał się srebrny. Ciekawe czy i ja mam takie ubarwienie, nie pomyślałam o tym, zaraz to sprawdzę. W przeciwieństwie do innych ryb, my węgorze możemy zobaczyć przecież część swojego ciała. Muszę się tylko odwrócić. Tak , tak, mam srebrny kolor! Hura!, No to dziś w nocy jak się tylko najem, wyruszam w drogę. Już jestem najedzona. Zjadłam kilka małych płotek i dwa ślimaczki. Teraz już płynę na spotkanie z moim przeznaczeniem. Zaraz, zaraz ale którędy tu popłynąć? Jak to którędy, przecież z jeziora wypływa rzeka, więc popłynę rzeką. Ta rzeka tu z jednej strony wpływa, a z drugiej wypływa. Już dobrze dość tych zagadek. Na imię mam ANQUILLA i jestem samicą węgorza europejskiego. Dobrze wiem co to była za istota ta na brzegu, która tak krzyczała, był to człowiek Wasz krewniak. Ja zaś jestem najprawdziwszą węgorzycą na świecie i mam zamiar opowiedzieć wam o moim życiu i życiu moich krewniaków. Tę opowieść będę przeplatała relacją z mojej wędrówki do Węgorzowego Morza oraz ciekawostkami z życia węgorzy. Nie jest tajemnicą już dziś, że my węgorze dzielimy swoje bytowanie pomiędzy bezkresne obszary mórz i oceanu i wody słodkie, przy czym w wodach morskich spędzamy okres swojego rozrodu i związanych z tym wędrówek. W trakcie mojej wędrówki opowiem wam, o różnych ciekawych miejscach na jakie napotkam na trasie. Jezioro, w którym mieszkałam wy ludzie nazywacie Miedwiem, a rzeka w którą właśnie wpływam to mała rzeczka, która nazywa się Płonią. To pierwszy krótki etap mojej podróży. Tę drogę dobrze znam przypłynęłam tu kilkanaście lat temu bez żadnych problemów. Trafiłam tylko na klika małych sztucznych wodospadów ale razem z moimi braćmi i siostrami wdrapaliśmy się na nie w środku nocy. Mówiąc o moim życiu w jeziorze Miedwie wspomnę tylko tyle, że jest to piękne jezioro obfite w ryby, a rzeka Płonia, to był mój ulubiony przez te lata wodny korytarz, którym wędrowałam do jeziora Płoń leżącego na południu i do tego dużego jeziora na północy jeziora Dąbie. W trakcie mojego życia dzięki tej małej rzeczce poznałam te trzy jeziora. Wiem jednak, że moi krewniacy z odleglejszych jezior często muszą nawet wychodzić z wody aby obejść różne budowle hydrologiczne postawione przez Was w jakimś tam nie znanym mi celu. Ponieważ tak jak już wspominałam nie było na mojej trasie wędrówki wielkich budowli pokażę wam tylko jedną z tych, które napotykałam w trakcie moich nocnych wędrówek. Jest to stary młyn, a raczej jego pozostałość znajdujący się w szczecińskiej dzielnicy Dąbie.
Za młynem jest miasto w mieście, czyli dzielnica Szczecina Dąbie a rzeka przepływa pod jednym z budynków. Jest to budynek restauracji.
Właśnie minęłam to miejsce i kieruję się do jeziora Dąbie, a właściwie Dąbie Małe. Zanim jednak dopłynę do tego jeziora opowiem wam pewną ciekawostkę z życia węgorzy. Nie od dziś wiadome jest, że my węgorze wychodzimy czasem na ląd. Nie stanowi to dla nas żadnego problemu bo potrafimy wytrzymać poza wodą, naszym naturalnym środowiskiem nawet sześć dni. Mamy jeszcze jedną niezwykłą umiejętność ale o tym opowiem później. Wychodzimy na ląd głównie w poszukiwaniu innych zbiorników wodnych. Zdarzyło się jednak bardzo dawno temu, że węgorze zamieszkujący jedno z jezior aby dojść do innego wodnego zbiornika, musiały przechodzić przez pole grochu. Przypadkiem zauważyli to chłopi, którzy rozgłosili całemu światu, że węgorze wychodzą na pola aby się najeść grochu. Nic bardziej śmiesznego, bo my jesteśmy drapieżnikami! Ta historia rozeszła się jednak błyskawicznie wśród ludzi i do dziś jest opowiadana nad wodami przez wędkarzy. Niestety tak się złożyło któregoś razu, że gdy moi krewniacy wędrowali z jeziora do jeziora przez jedno z grochowych pól napotkali dość dziwną przeszkodę. Właściwie nie powinna ona dla nich być żadnym problemem do przejścia, jednak jej pojawienie się było dużą niespodzianką i wywołała niemal masowe ogłupienie. Otóż w nocy jakiś chłop, który już wcześniej próbował te wędrowne węgorze bezskutecznie złapać, wpadł na bardzo sprytny pomysł. Owiązał końskie kopyta szmatami, przez co koń poruszał się niemal bezszelestnie i pługiem wyorał głęboką bruzdę tuż przy samym jeziorze. To właśnie w tej bruździe moi krewniacy, którzy niczego nie słyszeli, zostali przez niego złapani. Ta prawdziwa historia potwierdziła tylko nieprawdę o tym, że my węgorze lubimy groch i tak to już zostało. Tymczasem przepłynęłam już całą rzekę Płonia i wpłynęłam do Dąbia Małego. To jezioro jest częścią ogromnego jeziora Dąbie, które leży w Dolinie Dolnej Odry. Ma powierzchnię 56 km². Jest czwartym co do wielkości jeziorem w Polsce. Jego długość to 15 km, a szerokość 7,5 km. Jego średnia głębokość to zaledwie 3,5 m, a głębokość maksymalna 8 m w torze wodnym. Ta głębokość sprawia że jezioro Dąbie jest jedynym w Polsce jezioremdostępnym dla statków pełnomorskich. Jezioro Dąbie jest połączone systemem kanałów z głównym biegiem Odry. Do jeziora Dąbie wpływają rzeki: Duńczyca, Święta, Płonia i Regalica będąca prawą odnogą Odry. Wypływają z jeziora: Iński nurt, Czapina i Babina. Dąbie jest jeziorem deltowym czyli znajdującym się na obszarze delty rzecznej. Jego brzegi są niskie i zabagnione. Dawniej jezioro było południową częścią Zalewu Szczecińskiego, dziś odcięte jest od niego deltą Iny. Jako ciekawostkę historyczną przedstawiam wam niemiecki betonowiec - tankowiec zatopiony przy Inoujściu w północnej części. Nazywa się prawdopodobnie Urlich Finsterwalde. Został wyprodukowany w 1941 roku i służył do transportu benzyny syntetycznej z fabryki w Policach. Jego długość wynosi 60 m, szerokość 15 m, zanurzenie 6,5 m, a wyporność 2947 ton. Byłam tam kiedyś obok tego betonowca i szczerze powiem nie ma tam nic ciekawego. „Ciekawe” natomiast są kominy zakładów chemicznych w Policach, które stąd widać jak dymią na okrągło zatruwając powietrze.
Ale zostawmy już to jezioro i betonowiec bo ja płynę dalej, spieszy mi się aby zdarzyć na czas czyli dopłynąć na wiosnę do Morza Sargasowego. Opuszczając jezioro Dąbie mam do wyboru popłynąć jednym z trzech cieków wodnych, które z niego wychodzą tworząc później znowu prawdziwą Odrę. Są to : rzeczka Czapina, Wodny Róg i Kanał Iński Nurt. Płynę więc Ińskim nurtem bo ten kanał mi się podoba, a poza tym jest dalej od zakładów chemicznych. Ten Kanał Policki też omijam i już wpływam do Zalewu Szczecińskiego. Skoro już w nim jestem to zgodnie z tym co obiecałam na początku opowiem Wam co wiem o tym zalewie. Może do czegoś się Wam to przyda. Zalew Szczeciński jest zatoką Morza Bałtyckiego i znajduje się u ujścia Odry, Wkry i Piany. Od morza oddzielają go wyspy: Uznam i Wolin. Sam zalew jest połączony z morzem trzema cieśninami: Peenestrom Świną i Dziwną. Powierzchnia tego zalewu razem z cieśninami wynosi 911,8 km², a bez cieśnin 687 km². 50,1 % zalewu należy do Polski pozostała to część Niemiecka. Maksymalna głębokość zalewu w torze wodnym Szczecin - Świnoujście wynosi 10 m, a średnia 3,8 m.Zalew Szczeciński składa się z Małego Zalewu na zachodzie i Wielkiego Zalewu na Wschodzie oraz z zatok i zalewów, które mają charakter jezior. Wody zalewu są nieznacznie zasolone 0,5-2,0‰). Dzieje się tak dlatego, że dopływ wód morskich przez wąskie cieśniny jest ograniczony, a od południowej strony Odra wtłacza w zalew średnio rocznie 16,3 km³ . Dla porównania powiem wam, że zalew zajmuje powierzchnię 0,15% Polski zaś Odra zbiera wody słodkie z jednej trzeciej powierzchni tego kraju, a dokładnie z 118861 km². Stąd właśnie Zalew Szczeciński bardziej przypomina jezioro niż morze, którego fragmentem w istocie jest.Dla nas ryb wędrownych napotkanie na trasie wędrówki takiego lekko zasolonego zbiornika jest łagodnym przygotowaniem do wpłynięcia w bardziej słone wody. Żyjąc lata całe w wodzie słodkiej musimy się zaadoptować do wody słonej. Węgorze i inne ryby nie mają z tym wielkich problemów jednak potrzebujemy trochę czasu aby nasze organizmy zmieniły nieco metabolizm i przyzwyczaiły się do nowego środowiska. Ponieważ najważniejszą częścią mojej opowieści o nas węgorzach jest węgorzowe tarło na które zmierzam, czyli proces narodzin, nie mogę się oprzeć pokusie aby opowiedzieć wam jak narodził się Zalew Szczeciński. No to posłuchajcie.Bardzo dawno temu bo jakieś 20000 lat temu na głębokości 3000 m pod lodem zaczął się tworzyć ten niezwykły morsko-jeziorny krajobraz. Wtedy właśnie zaczynał się początek końca epoki lodowcowej. Ogromne masy lodu zaczęły topnieć tworząc pod grubą lodową skorupą pradawne koryta dzisiejszych rzek. Z lodu wytapiały się także osady z których powstawały morenowe wzgórza, a mówiąc o Zalewie Szczecińskim mówimy o wzgórzach Wolina i Uznamu. Wszystko to trwało bardzo, bardzo długo i powoli. Jeszcze 8000 lat temu Zalewu Szczecińskiego nie było, a Odra wieloma kanałami płynęła sobie płaską doliną do ówczesnego morza, którego poziom był o 30 m niższy od dzisiejszego. Jakieś 6000 lat temu poziom tego morza zaczął się bardzo szybko podnosić, a wody morskie za sprawą gwałtownych i długich sztormów wtargnęły w głąb lądu zalewając tę prastarą dolinę. W ten oto sposób Zalew Szczeciński stał się morską zatoką. Od tego czasu woda kształtowała dzisiejszy krajobraz Zalewu Szczecińskiego. Sam zalew powstał jakieś 5000 lat temu, kiedy to pasemko lądu odizolowało jego wody od morza. To tyle tej historii opisanej pokrótce, bez szczegółów powstawania plaż i wydm, na które woda morska tysiącami lat nanosiła piasek i żwir.. Mówiąc o Zalewie Szczecińskim nie mogę pominąć żyjących w nim zwierząt. Zacznę od ryb, których jest tu naprawdę mnóstwo. Uwierzcie mi w całym kraju nie znajdziecie wodnego akwenu, który byłby bogatszy od Zalewu Szczecińskiego w liczbę występujących gatunków ryb. Ja właśnie przepływam przez ten zalew i spotykam w nim prawie wszystkie gatunki ryb karpiowatych nie wspominając już o drapieżnikach, czyli mojej konkurencji, widzę tu duże okonie, sandacze, miętusy, sumy, szczupaki, łososie, troć wędrowną.W zalewie napotykam także na sieję wędrowna, alozę, certę oraz rybę, która wydaje mi się że umie latać bo ma takie dziwne płetwy, czyli ciosę. Wszystkie te ryby mają tu pod dostatkiem pokarmu i miejsca na tarło. Ja jednak wole inne miejsce na tarło. Jak do niego dopłynę to Wam o nim opowiem a tym czasem wpływam w cieśninę, którą nazywacie Świną i płynę już prosto do morza, wspominając tylko, że zalew Szczeciński jest też siedliskiem wielu gatunków ptaków. Płynąc przez cieśninę nawiążę jeszcze do wątku narodzin. Ha ha hatu się uśmiałam gdy dowiedziałam się jakie teorie o rozmnażaniu węgorzy snuliście przez wieki całe. Hi hi hi.Twierdziliście, że powstajemy z samego błota lub też z błota i śluzu węgorza. Oj ludzie, ludzie, a jak wy się rozmnażacie, czy powstajecie może w jakiś sposób inny niż na skutek kontaktu dwóch osobników przeciwnej płci ? No dobrze ale wybaczę wam te niewiedzę, która wzięła się z faktu, że nie mogliście przez stulecia znaleźć w naszym ciele organów rozrodczych. Fakt trudno je znaleźć bo nie są zbyt wielkie. Wielu Waszych uczonych ich szukało i dopiero Mondini, Włoch w 1777 roku odkrył jajnik węgorzowej samicy. Jednak dopiero po prawie stu latach Szymon Syrski, Polak znalazł płatkowate jądra naszych samców. Wtedy właśnie zrozumieliście, że my węgorze nie jesteśmy jakimś wyjątkiem samorodnym i że rozmnażamy się na drodze płciowej. Wcześniej Wasz wielki badacz Arystoteles, który odkrył dla Was wiele rzeczy nie znalazł jednak w naszym ciele organów płciowych i wysnuł śmieszną teorię, mówiąc, że my węgorze bierzemy się ze środka ziemi. Inni Wasi uczeni nie byli wcale lepsi. Dopiero odkrycia Mondiniego i Byrskiego pokazały Wam część prawdy o nas. Nigdy jednak nie mogliście zobaczyć naszego tarła ani też naszych małych. Tarła nie zobaczycie jeszcze długo, a nasze małe w końcu udało Wam się odnaleźć, tyle, że jak je znaleźliście to nie kojarzyliście ich wcale z węgorzami ale to też inna historia. O tym później bo wpływam do Bałtyku i chcę Wam o nim opowiedzieć. Powiecie, że nudne będzie mówienie o morzu które przecież tak dobrze znacie i macie rację dlatego będę się streszczać.
Nazywacie go morzem śródziemnym Europy północnej. Ze wszystkich stron jest ono bowiem otoczone lądem, a z Morzem północnym łączy go jedynie kilka płytkich cieśnin. Bałtyk ma powierzchnię wraz z Kattegatem 415266 km², a jego maksymalna 459 m. Zapamiętajcie sobie tę głębokość, chciałabym abyście później ją porównali z inną głębokością. Bałtyk to morze o stosunkowo niskim zasoleniu, średnio ok. 7 promili. Jednak w Kattegacie to zasolenie wynosi nawet 20 promili. Morze Bałtyckie w porównaniu z innym morzem do którego ja płynę Węgorzowym Morzem ma jednak jedną przewagę, otóż wpływa do niego około 250 rzek, do naszego morza nie wpływa ani jedna! Kolejną ciekawostką jest fakt, że poziom wód Bałtyku jest wyższy niż oceanu Atlantyckiego i Morza Północnego. Chcecie wiedzieć dlaczego? Poszukajcie na to odpowiedzi w książkach albo w Internecie, ja nie będę tu opisywała wszystkiego, bo ta opowieść ciągnęłaby się w nieskończoność. Jednak podam Wam jeszcze kilka informacji o tym Waszym morzu żebyście mogli je sobie później skonfrontować z tym morzem, do którego płynę. O i właśnie następna informacja będzie dość ciekawa, bo Bałtyk jest morzem bardzo burzliwym, jego fale są krótkie i strome i potrafią osiągnąć wysokość 14 m. Te fale i sztormy Bałtyku są bezlitosne nawet dla dużych promów, które choć nowoczesne idą czasem na dno. Miejsce do którego płynę też słynie niestety ze smutnychstatystyk. Ja w każdym razie Bałtyk muszę przepłynąć. Będę płynęła aż do Sund, gdzie spotkam się z moimi krewniakami ze Skandynawii potem popłyniemy przez Skaggerak i Kattegat prosto do morza Północnego, astamtąd już do oceanu. Mamy takie punkty zborne na tej naszej trasie. My z nad morza Bałtyckiego spotykamy się koło Sund właśnie. Inne węgorze te z Morza Śródziemnego i Europy zachodniej, z Islandii, a nawet z Afryki też mają swoje trasy, którymi płyną do naszego morza. Tras tych wędrówek nie będę podawała dokładnie bo zachowanie ich w tajemnicy jest naszą ochroną. Dużo już i tak o nas wiecie dzięki badaniom i obserwacjom jakie przeprowadzacie. Jednak dopiero w połowie XIX wieku znaleźliście w Atlantyku małą, przezroczystą rybkę, o mocno spłaszczonym ciele, przypominającą Wam swym kształtem listek wierzbowy. Tę rybkę mylnie zakwalifikowaliście jako odrębny gatunek, uznając ją za pokrewną węgorzom i nadaliście jej nazwę: Leptocephalus Brevirostris. Poddaliście ten gatunek bardzo szczegółowym badaniom. Dzięki tym badaniom w roku 1897 Wasi włoscy uczeni Grassi i Calendrucchio zaobserwowali proces przemiany naszych małych w przezroczyste węgorzyki co stało się podstawą do prześledzenia dalszych etapów naszego rozwoju. To odkrycie dało Wam nowe światło umożliwiające odkrycie prawdopodobnego miejsca naszego rozmnażania. Do słusznych wniosków doszedł Wasz duński tym razem ichtiolog J. Schmit. To on właśnie zaobserwował, że płynąc na zachód od granic Europy spotyka się coraz mniejsze larwy naszych małych. Najmniejszego naszego maluszka znaleźliście na głębokości 200 m między wyspami Bermudami i Bahamami czyli w rejonie morza Węgorzowego Morza. W ten właśnie sposób dowiedzieliście się gdzie jest miejsce naszego tarła. Nadal jednak nie wiecie i ja Wam tego nie powiem na jakiej głębokości odbywa się nasz rozród ani jak dochodzi do tarła.