Facebook G YT Twitter

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

- " jedziesz na morskie trocie? " -- usłyszałem przez telefon głos Marabuta. Opadły mi ręce -- jeszcze się pyta... Odpowiedź mogła być tylko jedna... I tak to tym razem los rzucił mnie nad nasze morze, ale nie na połów dorszy.

Wiedziałem że nie będzie lekko, bo trzy dni łażenia w spodniobutach po śliskich kamulcach, walka z falami, wiatrem i deszczem to nie w kij pierdział. To już jest wyzwanie i Przygoda przez duże " P ".

 

 

 

 



W piątek przed południem, wciśnięci w neoprenowe, niewygodne ubranka ostrożnie schodziliśmy po stromym zboczu. Osobiście miałem ubaw, bo Marabut w tym stroju wyglądał trochę jak jakiś wielki stawonóg w zielonych, przyciasnych gaciach. Ja za to jak krasnal Hałabała... Za nami dreptał Tomek z wielkim, muchowym podbierakiem na plecach. Jakby chciał łapać wielkie, opasłe motyle na wiosennej łące.

Pierwsze zetknięcie mojego kaloszka z zielonkawym kamieniem było dla mnie sporym zaskoczeniem. Przy bałtyckich, śliskich kamieniach lodowa tafla wydaje się wręcz szorstka. Jak tu wejść do wody ???

Gibając się na wszystkie strony i balansując wszystkimi czterema odnóżami, wlazłem do wody kilka metrów w kierunku Szwecji. Po chwili załapałem, jak się poruszać aby zminimalizować ryzyko kąpieli, ale i tak byłem pewien że przez trzy dni muszę zanurkować. Nie ma bata -- za ślisko.

Samo łowienie nie jest trudne i rzekłbym -- raczej monotonne. Oczywiście ową monotonię urozmaica ciągła walka z napierającą siłą fal, które tylko czekają na okazję by człowieka przeturlać po kamieniach lub chociaż wskoczyć za kołnierz. Łowiący powinien wycelować w krainę wikingów i machnąć jak najdalej. Później pozostaje zwinięcie wyrzuconej przynęty i od początku. Tak to w skrócie wygląda...

Po wykonaniu kilkudziesięciu takich manewrów poczułem lekkie przytrzymanie i jak mu nie zamaluję w paszczę !!! Zacięcie było mocne i " w tempo " ale zamiast odjazdu na ogonie poczułem twardy zaczep. Kilka prób odstrzelenia przynęty zakończyło się niepowodzeniem, ale zaraz zaraz .... wyraźnie czuję jak twardy zaczep powolutku idzie do góry... Co jest? Z wody wyłania się moja przynęta wbita w niebieską linkę. Sieci? Jako że od zaczepu dzieli mnie jakieś dziesięć metrów, powolutku dochodzę do tego miejsca i uwalniam blaszkę. Woda sięga mi prawie do pach, ale znajduję na dnie spory kamień. Żeby nie zdjęła mnie z niego fala, przewiązuję się ową linką w pasie, a drugi koniec jest solidnie zakotwiczony gdzieś w głębi Bałtyku. Na szczęście nie była to rybacka siata. I tak sobie machałem...

Po kilku godzinach bezowocnego rzucania wypatrzyłem na brzegu znajome twarze. To koledzy z zaprzyjaźnionego sklepu wędkarskiego przyjechali również popróbować szczęścia. I pisząc w skrócie - ... no kurde .... jeden z nich wytarabanił morską troć... Może nie był to gigant, ale niecałe 60 cm niejednego by ucieszyło, a już mnie na pewno. Cała akcja została uwieczniona na kamerce ukrytej za pazuchą i rybka wróciła do wody. Szczęśliwiec Tadzio został bohaterem dnia i na odchodne zaciął kolejną rybę, ale ta okazała się lepsza.

Pod wieczór, gdy wróciliśmy na kwaterę okazało się, że przybyło więcej " znajomych ". Ja prawie nikogo nie znałem, towarzystwo za to zaczęło się witać i obściskiwać. Zostałem przyjęty jak stary kumpel... Okazało się, że trafiłem na nieoficjalne spotkanie trociarzy. Pogaduchy trwały prawie do rana, ale ja zmęczony długą podróżą i całodzienną walką z falami po prostu padłem.

Sobota przywitała nas pogodą raczej nie zachęcającą do spacerów po dnie Bałtyku. Nie chciało mi się, ale skoro Tadzio pokazał że trocie są w morzu, to trzeba się zebrać.

Woda była troszkę bardziej niespokojna niż w piątek, ale udało mi się wejść jakieś sto metrów w morze i zająć miejsce na sporym kamieniu. Rzucać było łatwiej, ale cały czas musiałem uważać na coraz to większe fale. Najpierw waliła mi się na brzuch spychając z kamienia, by po chwili cofając się zabierać mnie ze sobą. Za to pole do popisu miałem spore -- w zasięgu rzutu była przerwana rewka, spore kamienisko oraz całkiem głęboki rów. No gdzie jak nie tu podejdzie srebrna torpeda? Wierząc w sukces dotrwałem niemal do wieczora, jednak gdy spora fala po raz trzeci podcięła mi nogi i " zdjęła " mnie z kamienia uznałem, że pora kończyć zabawę bo robi się niebezpiecznie.... Wychodząc z wody usłyszałem, że w lewym kaloszku coś głośno chlupocze. Nie dość że słona woda wlała mi się pod szyją, to jeszcze znalazła drogę od dołu....

Tego dnia również znalazł się szczęśliwiec, który wyholował rybę. Sreberko 54 cm też może dać popalić wędkarzowi, zwłaszcza w tak trudnych warunkach.

W niedzielę już o 6:30 rano byliśmy w wodzie. My, tzn. Marabut, Tomek i ja. Morze tym razem przybrało groźne oblicze. Załamujące się fale z grzmotem waliły się na przybrzeżne kamienie, jakby mówiły -- " nie podchodź gościu, nie rób tego... ".

Tym razem ostrożniej, powolutku parłem do przodu. Jakieś dwadzieścia metrów od brzegu wystawał duży głaz i gdy się na niego wdrapałem okazało się, że da się z niego w miarę bezpiecznie łowić. Marabut poszedł w lewo i zniknął za zakrętem, natomiast Tomek również wdrapał się na duży kamień, jakieś 150 metrów ode mnie.

Już pół godziny bezowocnie oddawałem rzuty, gdy usłyszałem cichutkie wołanie - " .... Kamil .... !!! " . Patrzę na Tomka, który wykonuje jakiś obłędny taniec na kamieniu, wywijając przy tym kończynami i machając muchowym podbierakiem. W raczej niekontrolowany sposób zaskoczył ze swojego głazu i dawaj zanurzać siatkę podbieraka razem z rękawem kurtki do wody. Kilka razy nim rzuciło na boki i widzę jak pedałuje po kamienistym podłożu w kierunku brzegu. A w jego podbieraku błyska żywe srebro....

Wreszcie aparat zawieszony na szyi trochę sobie pobłyskał i karta pamięci została zapełniona. Równiutkie 60 cm, piękna ryba. Nie wiem jak on to zrobił, ale skubaniec z daleka wypatrzył błyskającego flesza. Marabut w zielonych pantalonach z neoprenu zmierza pospiesznie z uśmiechniętą paszczą w naszym kierunku. Kawał chłopa z niego, więc dawał kroka niemal dwumetrowego. Jak, na co, gdzie ? i tym podobne pytania padają " z automatu ". Nakręcony Tomek odpowiada już po raz któryś, bo i grupka wędkarzy urosła do kilku osób. Każdy składa gratulacje i ogląda dokładnie łowną blaszkę.

Tego dnia ktoś złowił jeszcze jedną troć, ale była mniejsza od Tomkowej.

Koło południa rozpalone zostało ognisko i wszyscy wędkarze pokąsali sobie cieplutkich kiełbasek i kurczaczków. Miła to była odmiana, bo mój zamoczony tyłek aż parował przy ogniu.

Okazało się, że był też element rywalizacji. Łowca największej ryby ( czyli Tomek ) został uhonorowany pamiątkową tabliczką oraz niezwykle łownymi, a trudnymi do kupienia przynętami trociowymi. Przemiły akcent ze strony kolegi, który zorganizował to spotkanie.

Nie nazwałbym tego zawodami, chociaż była nagroda. Nie nazwałbym też tego rywalizacją, chociaż był zwycięzca. Nigdy jeszcze nie przeżyłem czegoś takiego, jak w ten weekend. Trzydziestu, może więcej wędkarzy -- pasjonatów. Nie było tajemnic, nie było wyścigu do najlepszych miejscówek. Co więcej -- wszyscy się cieszyli, że ktoś złowił rybę. Zero ciśnienia...

Poznałem wielu wybitnych spiningistów, którzy z chęcią dzielili się z innymi swoim doświadczeniem. Bez oporów mówili mi o swoich najlepszych miejscówkach na trociowych i pstrągowych rzekach, pokazywali przynęty i opowiadali o zwyczajach szlachetnych ryb. Przyjęli mnie -- obcego z otwartymi ramionami. Czułem się jakbym był częścią czegoś niesamowitego ... rodziny? Może w jakimś sensie....

Poznałem mistrza, swoistą " kopalnię wiedzy " -- człowieka, który od kilkunastu lat struga woblery znane chyba każdemu łowcy troci. Niesamowicie kulturalny, grzeczny i co mnie najbardziej ujęło -- skromny. On też nie miał tajemnic i z chęcią opowiadał jak dociążać, ustawiać i malować woblery, aby były skuteczne.

Odniosłem wrażenie, że przez te trzy dni to nie łowienie ryb było najistotniejsze. Celem było aby się spotkać, powymieniać doświadczeniami, porozmawiać o rzeczach ważnych i mniej ważnych.

A na koniec ujęło mnie coś jeszcze -- otóż Tomek podzielił się swoją " nagrodą ". I tak mi przypadły trzy ręcznie robione błystki trociowe, a Marabut zainkasował woblera i jedną wahadłówkę.

Dzięki Piotrek za zaproszenie na tą niesamowitą " imprezę " za towarzystwo i za nauki. Tomku -- jeszcze raz gratuluję i również dzięki za doborowe towarzystwo. Panowie ze Spójni -- miło było Was spotkać. Edziu -- dla mnie jesteś mistrzem i tyle, dzięki. Dzięki wszystkim, których tam poznałem. Pierwszy raz w życiu los rzucił mnie na takie spotkanie, było ... niesamowicie.

Wojtku -- nie wiem jak to zrobiłeś, że tak perfekcyjnie " ogarnąłeś " to całe towarzystwo. Ludzie nieuleczalnie chorzy, uzależnieni i mocno zwichrowani. W tym pozytywnym sensie... Jest tylko jedno ALE .... Kurcze, zaraziliście mnie !!!

W piątek znów będę gnał prawie 500 km, aby podreptać po dnie morza....

Dzięki

Kamil " Łysy Wąż " Walicki

P.S. Powyższy tekst powstał w 2009 roku.

 

 

 

 

 

You have no rights to post comments

Nie jesteś zalogowany.

Zostań Patronem

Logowanie

Najnowsze Posty na forum

York

  LOGO YORK PRZESTRZENNE

Kto jest On Line

Odwiedza nas 623 gości oraz 1 użytkownik.

  • on_romanenov1965

Legendy polskie

Legendy polskie

Wiedźmin

Wiedźmin

Grodziska Pirissani

Wczesnośredniowieczne grodziska plemienia Pirrissani

Baśnie Andersena

Baśnie Andersena

Baśnie Grimm

Baśnie grimm

Wędkarstwo Youtube

Moduł

Strict Standards: Only variables should be assigned by reference in /home/marfish/domains/marfish.pl/public_html/modules/mod_cookiesaccept/mod_cookiesaccept.php on line 24

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem