„Północ” Merethe Lindstrøm to powieść, która miała szansę poruszyć mnie swoją tematyką: powojenny świat, samotna wędrówka w nieznane, motyw przetrwania i dojrzewania. Niestety — mimo że doceniam literackie ambicje autorki — ta historia zupełnie ze mną nie zagrała.

Fragmentaryczna narracja, która bardziej męczy, niż intryguje.
Lindstrøm posługuje się stylem urywanym, pełnym retrospekcji, wizji i niedopowiedzeń. W teorii to zabieg artystyczny, w praktyce jednak narracja okazała się dla mnie chaotyczna, mało przejrzysta i zwyczajnie męcząca. Zdarzało mi się wracać do poprzednich akapitów, próbując ustalić, co właściwie jest realne, a co tylko majaczeniem bohatera — i nie zawsze znajdowałem odpowiedź.
Zamiast płynności i budowania napięcia otrzymałem poszatkowaną opowieść, której tempo przypomina raczej notatki z pamiętnika niż pełnoprawną powieść.
Atmosfera sennego marazmu zamiast emocjonalnego zaangażowania.
Powieść jest często porównywana do „Drogi” McCarthy’ego, ale — moim zdaniem — takie zestawienie działa jedynie na niekorzyść „Północy”. Tam, gdzie McCarthy budował wstrząs, Lindstrøm oferuje ciszę; tam, gdzie „Droga” wbija w fotel, tu otrzymujemy melancholijny półmrok i powtarzalne obrazy pustki.
Nie twierdzę, że wszystko musi być dramatyczne czy ekspresyjne. Jednak w tej historii zabrakło mi emocjonalnego ciężaru, który zmusiłby mnie do przeżywania losu bohatera. Zdarzało mi się czytać o kolejnych trudach chłopca i… nie czuć nic. Taka obojętność jest dla mnie sygnałem, że narracja nie spełnia swojej funkcji.
Niedopowiedzenia, które nie budują tajemnicy — a jedynie frustrację.
Rozumiem, że „północ” ma być metaforą. Rozumiem, że wędrówka może być ważniejsza niż jej cel. Jednak kiedy cały utwór opiera się na milczeniu, pustych przestrzeniach i symbolach, a jednocześnie nie daje czytelnikowi choćby punktu zaczepienia, trudno utrzymać zainteresowanie.
Zbyt wiele elementów pozostaje tu niejasnych — i nie w sposób pobudzający wyobraźnię, lecz powodujący poczucie niedosytu. Chciałbym wiedzieć więcej o świecie, o przeszłości bohaterów, o mechanice wojny, która wszystko zniszczyła. Tymczasem te wątki jedynie migają gdzieś w tle.
Styl piękny, ale chłodny i zdystansowany.
Trzeba uczciwie przyznać: Lindstrøm potrafi pisać. Jej zdania są precyzyjne, miejscami poetyckie, a język tłumaczenia zachowuje tę charakterystyczną, skandynawską surowość.
Problem w tym, że ładny język nie wystarcza, jeśli za nim nie idzie poruszająca narracja. Dla mnie ta stylizacja była zbyt chłodna, zbyt wycofana, zbyt skupiona na formie — kosztem treści.
Brak balansu między realizmem a oniryzmem.
Powieść nie mogła się zdecydować, czym właściwie chce być: czy brutalną, realistyczną historią o przetrwaniu, czy raczej poetycką opowieścią balansującą na granicy snu i jawy. Ten brak konsekwencji estetycznej odbierał mi przyjemność z lektury i sprawiał, że nie traktowałem tego świata jako spójnego i wiarygodnego.
„Północ” to książka, którą wielu czytelników doceni za klimat, styl i literacką subtelność. Ja jednak należę do tych, których nie porwała — ani fabułą, ani emocjami, ani kreacją świata. Fragmentaryczna konstrukcja, brak wyraźnego kierunku i zbyt duża liczba niedopowiedzeń sprawiły, że nie znalazłem w niej tego, czego szukam w literaturze: zaangażowania, przejrzystości i doświadczenia, które zostaje z czytelnikiem na długo.
To powieść niewątpliwie ambitna, ale — jak dla mnie — pozostawiająca więcej pustki niż refleksji.


