„Blaze”, wydany pierwotnie pod szyldem Richarda Bachmana, a odkurzony przez Kinga dopiero w 2008 roku, to interesujący przypadek autora rozliczającego się z własnym, odrzuconym niegdyś tekstem. Konstrukcyjnie książka opiera się na naprzemiennych rozdziałach — teraźniejszość porwania i retrospekcje z dzieciństwa Blaze’a — co pozwala budować postać stopniowo, zamiast serwować gotową charakterystykę na starcie. Warto docenić, że King rezygnuje tu z nadprzyrodzonego sztafażu na rzecz kameralnego, niemal noirowego kryminału, w którym prawdziwym motorem napędowym jest psychologia głównego bohatera, a nie tempo akcji. Trzeci akt bywa przewidywalny, bo od pewnego momentu czytelnik dokładnie wie, jak historia się zakończy, co część odbiorców odbiera jako minus konstrukcyjny. Mimo to warsztatowo to solidna, zwięzła proza — King udowadnia, że potrafi budować emocje bez efekciarstwa, samą pracą na detalu i dialogu. Oceniam „Blaze” na 7,5/10 — to pozycja, którą polecam raczej fanom charakterologicznych kryminałów niż tym, którzy szukają typowego, mocnego Kinga.
O książce:
Porwanie, które miało być przestępstwem stulecia, zmienia się w dramatyczną ucieczkę. Blaze, mało rozgarnięty olbrzym, żyje z drobnych kradzieży. Dopiero przyjaźń z George’em Rackleyem dodaje jego poczynaniom finezji. To przebiegły George jest mózgiem podejmowanych wspólnie akcji i to on wpada na pomysł porwania sześciomiesięcznego dziedzica wielkiej fortuny. Blaze ze swoją ponadprzeciętną siłą fizyczną jest dla niego doskonałym narzędziem, którym można łatwo manipulować… i niczym więcej. Starannie zaplanowane porwanie komplikuje się, jeszcze zanim się zaczyna. George ginie, a Blaze jest wprawdzie opóźniony w rozwoju, ale wie, że sam sobie nie poradzi. I wtedy niespodziewanie otrzymuje pomoc od zmarłego kumpla.
Pełna recenzja wideo: https://youtu.be/2fCpJS4K-8U