„Christine” to podręcznikowy przykład tego, jak King potrafi z pozornie głupiego pomysłu — nawiedzonego samochodu — zbudować pełnoprawną, wciągającą powieść grozy. Klucz leży w tempie: pierwsza połowa książki to w zasadzie powieść obyczajowa o nastoletnim outsiderze, budowana bez pośpiechu, więc kiedy w drugiej połowie robi się naprawdę mrocznie, czytelnik zdążył już zżyć się z bohaterami na tyle, żeby bać się o nich, nie o samochód. King świetnie odtwarza klimat amerykańskiej prowincji przełomu lat 70. i 80. — stacje benzynowe, warsztaty, licealne hierarchie — i to właśnie ta warstwa realizmu sprawia, że fantastyczny element działa, zamiast wypadać z tonu. Ciekawym zabiegiem jest też narracja, która częściowo oddaje głos przyjacielowi Arniego, dzięki czemu obserwujemy przemianę głównego bohatera z zewnątrz, jako powolną utratę kontroli, a nie z pierwszej osoby. To nie jest najstraszniejsza książka Kinga, ale jedna z lepiej skonstruowanych — z jasnym punktem zwrotnym i konsekwentnie prowadzoną eskalacją napięcia. Dla fanów warsztatu Kinga i klasycznego horroru lat 80. to pozycja obowiązkowa.
O książce:
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Siedemnastoletni Arnie Cunningham zobaczył Christine i zdecydował, że musi ona należeć do niego. Zafascynowany nie słuchał ostrzeżeń najlepszego przyjaciela ani swojej dziewczyny, która go w końcu opuściła, pokonana przez rywalkę. Rodzice, nauczyciele i wrogowie Arniego przekonali się, co znaczy stanąć na drodze mściwej i bezlitosnej Christine. Bo Christine to nie kobieta. To siejący zło i śmierć plymouth fury rocznik 1958, samochód widmo. Christine, jedna z bardziej popularnych powieści Kinga, została zekranizowana niemal od razu po ukazaniu się książki. Film w reżyserii Johna Carpentera wszedł na ekrany kin w 1983 roku.
Moja ocena: 7/10
Wydawnictwo: Albatros
Pełna wideorecenzja: https://youtu.be/2l_8sU1lcMg