Podobno najtrudniejszym momentem w życiu pisarza jest ten, w którym staje przed białą kartką. Pozwolę sobie z tą obiegową mądrością nie zgodzić. Biała kartka to czysta obietnica. Nikt tam jeszcze niczego nie zepsuł, nikt nie postawił czerwonego znaku zapytania na marginesie, a bohaterowie są nieskazitelni, genialni i podejmują wyłącznie słuszne decyzje.
Prawdziwy horror zaczyna się wtedy, gdy książka jest już napisana, przeorana przez redakcję Beatki, wyczyszczona z zaimkowego zielska i odchudzona z „byłozy”. Nagle przychodzi ten dzień, w którym trzeba zrobić coś bezwzględnego i nieodwracalnego: wysłać plik PDF do pierwszych czytelników.
Wchodzimy wtedy w etap, który w prywatnym słowniku nazywam „testem obcego spojrzenia”.
Przez dwa lata żyjesz w uniwersum, które sam stworzyłeś. Znasz fizykę Yarahan lepiej niż własne podwórko, wiesz, dlaczego dany bohater skręcił w lewo zamiast w prawo i z jakiego powodu w rozdziale piątym musiała pojawić się pięciostronicowa dygresja o strukturze czasoprzestrzeni. Dla ciebie to wszystko ma głęboki sens, jest logiczne i spójne. A potem plik ląduje na skrzynce odbiorczej kogoś, kto nie siedział w twojej głowie przez te wszystkie zarwane noce.
I zaczyna się tortura oczekiwania.
Pamiętacie, jak w poprzednim wpisie wspominałem o Chronosie i Kairosie? Podczas czkania na pierwsze opinie beta-czytelników i recenzentów czas zaczyna zachowywać się w sposób absolutnie patologiczny. Trzy dni oczekiwania na maila z wrażeniami rozciągają się w nieskończoność. Każde powiadomienie w telefonie wywołuje lekkie skoki ciśnienia. „Czy skumali tę intrygę?”, „Czy nie pogubili się w wielowymiarowości?”, „Czy ten kluczowy zwrot akcji w ogóle ich zasmucił, czy może parsknęli śmiechem?”.
A potem przychodzi odpowiedź.
Czytanie pierwszych recenzji i uwag od czytelników to niesamowite doświadczenie psychologiczne. Autor ma naturalną tendencję do obrony swojego potomstwa. Gdy czytelnik pisze: „W rozdziale siódmym nie rozumiałem, dlaczego postać tak postąpiła”, w głowie natychmiast odpala się syndrom Yarahan: „Jak to nie rozumiałeś?! Przecież w rozdziale drugim na stronie czterdziestej poddałem ci trzy subtelne wskazówki!”.
Niestety (lub na szczęście) czytelnik ma zawsze rację. Jeśli coś w tekście nie zadziałało, to znaczy, że autor pisał to z perspektywy kogoś, kto zna zakończenie, a czytelnik idzie przez ten świat w całkowitej ciemności, trzymając się tylko tych okruchów, które postanowiliśmy mu rzucić.
Ale w tym całym stresie pojawia się też moment absolutnej magii. To chwila, w której ktoś zupełnie obcy pisze ci wiadomość i analizuje motywacje twojego bohatera trafniej, niż ty sam potrafiłbyś to ująć. Albo dostrzega w tekście symbolikę, o której… cóż, powiedzmy dyplomatycznie, że „podświadomie o niej myślałeś” (choć tak naprawdę po prostu wyszła przypadkiem, ale brzmi mądrze).
To jest ten punkt zwrotny, w którym książka przestaje być plikiem na dysku mojego laptopa, a zaczyna żyć własnym życiem w głowach innych ludzi. „Rudchorta i miecz prawdy” przestała być już tylko moja. Stała się wspólna.
A Wy jak macie przy lekturze? Wolicie książki, które prowadzą Was za rękę i tłumaczą każdy krok bohaterów, czy takie, które rzucają na głęboką wodę i każą samemu składać klocki w całość? Piszcie w komentarzach – chętnie zobaczę, z jakiego spoiwa wyplenieni są moi czytelnicy!