Share this post on:

Chronos, Kairos i kilka tysięcy niepotrzebnych „był”

Podobno doba ma dwadzieścia cztare godziny. Nie zamierzam tu oczywiście wdawać się w akademickie spory z astronomami, fizykami czy producentami szwajcarskich zegarków, jednak jako pisarz muszę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że teoria ta brzmi co najmniej podejrzanie.

Przez dwa lata pracowałem nad Rudchortą i mieczem prawdy. Pisałem głównie nocami – zaczynałem zwykle wtedy, gdy świat wokół powoli milkł, telefony przestawały dzwonić, a rozsądni ludzie zajmowali się tym, czym zdrowy rozsądek nakazuje zajmować się po północy – spaniem. Ja w tym czasie otwierałem laptopa i po prostu znikałem. Czasem na dwie godziny, czasem na cztery, a bywało, że i na sześć, choć o skali tego zniknięcia dowiadywałem się zazwyczaj dopiero po fakcie. Spoglądając na tarczę zegarka, z niedowierzaniem odkrywałem, że jest trzecia nad ranem. „Niemożliwe” – myślałem, podczas gdy mechanizm, pozbawiony empatii właściwej urządzeniom elektronicznym, uparcie twierdził inaczej.

Starożytni Grecy prawdopodobnie doskonale zrozumieliby mój problem, dysponowali bowiem dwoma zupełnie różnymi określeniami czasu. Pierwszy z nich, Chronos, był uosobieniem porządku i konsekwencji. To on odpowiadał za następstwo dni i nocy, ruch ciał niebieskich, następstwo pór roku i nieuchronne starzenie się wszystkiego, co żywe. Pilnował kalendarzy i z pewnością nie tolerował chaosu. Kairos natomiast był jego absolutnym przeciwieństwem – duchem sprzyjającego momentu, uciekającą chwilą, której nie dało się uwięzić w żadnych ramach. Nie interesował go upływ godzin, ponieważ czas mierzył wagą emocji, natchnieniem i wyjątkowością danego momentu.

Choć ich świat dawno przeminął, obaj ci bogowie regularnie odwiedzają mój współczesny gabinet. Przez dwa lata pisałem książkę w zawieszeniu pomiędzy nimi. Chronos, ucieleśniony w bezdusznym mechanizmie zegarka, skrupulatnie wyliczał, że mija właśnie szósta godzina mojej nocnej szychty. W tym samym momencie Kairos kładł mi dłoń na ramieniu i szeptał: „Dopiero zacząłeś”. I to jemu wierzyłem bezgranicznie, bo w tym osobliwym stanie człowiek przestaje rejestrować istnienie własnego ciała, pokoju, nocy za oknem oraz kubka dawno wystygłej kawy stojącego tuż obok klawiatury.

Przez dwa lata żyłem w zawieszeniu pomiędzy nimi dwoma. Chronos skrupulatnie wyliczał, że pisałem właśnie szóstą godzinę, podczas gdy Kairos szeptał mi do ucha: „Dopiero zacząłeś”. I chyba znacznie częściej wierzyłem temu drugiemu, bo w trakcie pisania fizycznie nie siedziałem przecież przy biurku. Byłem w Lipianach, wędrowałem po bezkresach Yarahan, obserwowałem Rudchortę i wsłuchiwałem się w głosy bogów oraz absolutów. Czasem sam byłem ciekaw, co za chwilę zrobią moi bohaterowie – choć teoretycznie, jako autor, powinienem posiadać na ten temat jakąś wiedzę.

W końcu, po dwóch latach tej nocnej żonglerki czasem, postawiłem ostatnią kropkę. Doskonale pamiętam tę chwilę i towarzyszącą jej dumną myśl: „Skończyłem książkę”. Dziś wspominam tamtą naiwność z głęboką czułością, bo napisanie ostatniego zdania wcale nie oznacza, że dzieło jest gotowe. Oznacza jedynie, że autor dotarł do punktu, z którego po raz pierwszy może wyraźnie zobaczyć ogrom pracy czekającej go w kolejnym etapie.

Wtedy bowiem nadchodzi redakcja, a wraz z nią – Beatka. Moja redaktorka posiada rzadką, niemal mistyczną umiejętność zadawania tak krótkich pytań, że po ich przeczytaniu autor przez pół dnia krąży bez celu po domu, kwestionując sens własnego istnienia. „Dlaczego?”, „Po co?”, „Czy to jest potrzebne?”. Zaledwie trzy słowa. Czasem zresztą wystarczało jedno, bezlitosne: „Na pewno?”. Oczywiście, że na pewno! Przecież to ja byłem autorem, wiedziałem, co robię. Po czym po dwóch dniach pokory wracałem do tekstu, czytałem problematyczne zdanie raz, drugi, trzeci i z ciężkim westchnieniem rzucałem w stronę monitora: „Cholera, miała rację”.

Żebyśmy jednak mieli jasność – nie zawsze oddawałem pole bez walki. Bywały bitwy, które wygrywałem, i frazy, których broniłem niczym ostatniej reduty. Czasem udawało mi się przekonać Beatkę, czasem to ona przeciągała mnie na swoją stronę, a bywały i takie momenty, gdy żadne z nas nie potrafiło ustąpić i zdanie zostawało w książce wyłącznie dlatego, że oboje byliśmy już skrajnie wyczerpani.

Zaraz po tym etapie rozpocząłem prywatną wojnę partyzancką z zaimkami dzierżawczymi. Mój, twój, jego, jej, swój… Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że te niewinne z pozoru słowa potrafią rozmnażać się w tekście z tak bezczelną dynamiką. Otwierałem losową stronę: „Jego ręka” – usuwałem „jego”. Kolejna strona: „Jej oczy” – usuwałem „jej”. Aż nagle trafiałem na konstrukcję: „Odwrócił swoją głowę” i zamierałem. Czyją, u licha, głowę miałby odwrócić? Rudchorty? Przechodnia? Przypadkowego grendula? Jeżeli bohater wykonuje taką czynność, istnieje spore prawdopodobieństwo, że operuje własną anatomią, a czytelnik naprawdę jest w stanie ustalić ten fakt bez natrętnej pomocy autora.

Gdy po kilku tygodniach tropienia zaimków na setkach stron odetchnąłem z ulgą, na horyzoncie pojawiło się coś znacznie gorszego: byłoza. Nie wiem, czy termin ten figuruje w oficjalnych podręcznikach teorii literatury, ale jeśli nie, powinien jak najszybciej zostać tam wprowadzony. Objawy tej plagi są banalnie łatwe do rozpoznania: był, była, było, byli. Na początku pracy twórczej człowiek ich nie dostrzega. Czasownik „być” to przecież uczciwe, starożytne słowo, które nikomu nie wyrządziło krzywdy i towarzyszy naszej mowie od wieków. Problem pojawia się wtedy, gdy autor nadużywa go do tego stopnia, że bohaterowie przestają działać, a zaczynają jedynie wegetować. „Była zmęczona”, „był zdenerwowany”, „byli przerażeni” – gramatycznie wszystko się zgadza, tyle że w tekście niczego nie widać.

Zacząłem więc mozolnie rekonstruować całe akapity. Skoro bohater był zdenerwowany, to co konkretnie robił? Jeśli kobieta była zmęczona, jak to wycieńczenie wpłynęło na jej gesty? Jeżeli tłum był przerażony, to czy naprawdę muszę o tym sucho informować, zamiast sprawić, by czytelnik sam poczuł ciarki na plecach? Nagle jedno proste, usunięte „był” zamieniało się w kwadrans ciężkiej pracy, czasem w pół godziny, a nierzadko całe misternie ułożone zdanie lądowało w koszu. W takich momentach do mojego gabinetu triumfalnie powracał Chronos. Siadał za moimi plecami i z nieskrywaną satysfakcją mruczał: „Minęły cztery godziny”. „Niemożliwe, poprawiłem dopiero piętnaście stron!” – oponowałem. „Właśnie dlatego mówię: cztery godziny” – odpowiadał, a zegarek znów zaczynał tykać podejrzanie głośno.

A przecież gdzieś pomiędzy redakcją, czystką zaimkową a epidemią byłozy musiała zmieścić się jeszcze machina promocyjna. Współczesny pisarz nie może bowiem ot tak, po prostu, napisać książki – to byłoby zbyt piękne i zbyt łatwe. Oprócz operowania słowem powinien dziś samodzielnie przygotować grafikę, zmontować wideo, skomponować chwytliwy opis i regularnie publikować posty w mediach społecznościowych. Co więcej, oczekuje się od niego, że przeczyta fragment własnego tekstu przed obiektywem, sprawiając przy tym wrażenie człowieka, który w blasku studyjnych lamp czuje się stuprocentowo naturalnie. Musi streścić kilkaset stron wielowątkowej powieści w trzech zdaniach – tak, aby były intrygujące, ale wolne od spoilerów; aby powiedzieć wszystko, nie zdradzając jednocześnie niczego. Przyznam szczerze, że powołanie do życia uniwersum pełnego bogów i absolutów wydaje mi się momentami zadaniem o wiele prostszym.

I w tym miejscu Chronos ponownie podaje sobie rękę z Kairosem. Trzy godziny spędzone na montażu promocyjnego klipu mijają niczym ulotny kwadrans, za to pięć minut oczekiwania na pierwszą reakcję czytelników po jego publikacji potrafi ciągnąć się przez pół nieznośnego dnia.

Widząc już oczyma wyobraźni gotowe, pachnące drukarnią tomy „Rudchorty i miecza prawdy”, próbuję w myślach podsumować czas, który w nich bezpowrotnie zamknąłem. Dwa lata pisania, setki zarwanych nocy, drobiazgowa redakcja, płomienne dyskusje, nieskończone poprawki, tygodnie polowań na zaimki, batalia z „byłozą”, a wreszcie grafiki, filmy i teksty marketingowe. Chronos z pewnością potrafiłby to wszystko precyzyjnie zsumować, podać dokładną liczbę godzin, minut oraz sekund, a na koniec sporządzić estetyczną tabelę lub wykres.

Mimo to – niczego by z tego nie zrozumiał. Nie pojąłby, dlaczego sześć godzin nocnej pracy potrafiło minąć w pięć minut, dlaczego jedno zdanie potrafiło skraść pół wieczoru i z jakiego powodu oczekiwanie na krótką informację zwrotną od redaktorki dłużyło się bardziej niż pisanie całego rozdziału od zera.

Na co dzień żyjemy według twardych reguł Chronosa, ale pamiętamy wyłącznie według kaprysów Kairosa. Dlatego kiedy ktoś pyta mnie dzisiaj, ile czasu zajęło mi stworzenie tej historii, odpowiadam machinalnie: „Dwa lata”. Dopiero chwilę później, wracając pamięcią do tych wszystkich nocy, podczas których zegary najwyraźniej odmawiały posłuszeństwa, dochodzę do wniosku, jak bardzo jest to niedokładna odpowiedź.