„Dolores Claiborne” to formalny eksperyment Kinga, który udaje się niemal bez zastrzeżeń – cała powieść jest zapisem jednego przesłuchania, bez podziału na rozdziały, bez zmiany perspektywy, wyłącznie głos tytułowej bohaterki tłumaczącej się przed komendantem policji. Ryzyko takiej konstrukcji jest oczywiste: monolog musi sam z siebie generować napięcie i różnicować tempo, skoro autor rezygnuje ze wszystkich standardowych narzędzi budowania fabuły. King radzi sobie z tym, każąc Dolores skakać między teraźniejszością przesłuchania a przeszłością sprzed lat, co pozwala dozować informacje i utrzymywać czytelnika w niepewności mimo braku klasycznych zwrotów akcji. Najsłabszym elementem jest środkowa część poświęcona codziennej pracy bohaterki u zamożnej pracodawczyni – ciekawa jako portret klasowy, ale rozciągnięta kosztem tempa. Mocną stroną jest za to konsekwentne trzymanie się jednego, wyrazistego idiolektu – szorstkiego, bezpośredniego, z rzadka poetyckiego – który sam w sobie charakteryzuje postać skuteczniej niż niejeden opis. To rzadki przypadek horrorzysty piszącego realistyczny dramat psychologiczny i udowadniającego, że straszyć wcale nie musi znaczy nadprzyrodzenie.
Błyskotliwe studium charakteru i ciemnych stron kobiecej psychiki. Czasem, żeby żyć, trzeba zabić… Wysepką Little Tall wstrząsa wiadomość o zabójstwie bogatej Very Donovan. Podejrzenie natychmiast pada na jej wieloletnią opiekunkę, Dolores Claiborne. Wszyscy w okolicy wiedzą, że praca u pani Donovan była prawdziwym piekłem. Dolores miała więc powody, by nienawidzić chlebodawczyni. Nie zabiła jej jednak. Tak przynajmniej twierdzi, a następnie, wprawiając w zdumienie przesłuchującego ją komendanta policji, przyznaje się do zamordowania przed dwudziestoma dziewięcioma laty swojego męża. W długim monologu opowiada o tym, co zdarzyło się na wyspie w 1963 roku podczas zaćmienia słońca.
Moja ocena: 8/10. Pełna recenzja wideo: https://youtu.be/Be_2yCpsq4E