Share this post on:

Arcydzieło, które potrafi znudzić do łez. Dlaczego ten Lovecraft dzieli czytelników?

Gdybyśmy mieli wskazać jeden tom, który na polskim rynku pełni rolę bramy do uniwersum H.P. Lovecrafta, większość wskazań padłaby na Zgrozę w Dunwich i inne przerażające opowieści w tłumaczeniu Macieja Płazy. Wydawnictwo Vesper stworzyło pozycję kultową – ale też wyjątkowo polaryzującą. Spójrzmy więc na obie strony tego ponad 800-stronicowego tomiszcza.

Dlaczego ludzie kochają tę książkę?

Po pierwsze – Maciej Płaza. Tu nie ma żadnej dyskusji. Jego translatorski majstersztyk to rzecz bez precedensu. Płaza nie przełożył Lovecrafta – on go przestylizował na nowo. Archaizmy, fraza miejscami biblijna, kakofoniczne zestawienia dźwięków i ta niesamowita, lepka, obślizgła atmosfera. Wystarczy jeden fragment z opowiadania Zew Cthulhu, by zrozumieć, o co chodzi:

„Wreszcie huknęło, jakby eksplodował pęcherz – chlusnęło wstrętnie jak z rozpłatanego głowonoga – buchnął fetor, jakby otwarto nagle tysiące grobów i rozległ się dźwięk, którego nie da się opisać.”

To nie jest tłumaczenie w stylu „potwór wyszedł z wody”. To jest tłumaczenie, które czuć – fetor, wilgoć, fizyczny wstręt. Dla tysięcy polskich czytelników to właśnie Płaza „uratował” Lovecrafta przed wcześniejszymi, jałowymi przekładami.

Po drugie – kosmiczny horror w najczystszej postaci. Zbiór zawiera absolutną śmietankę mitologii Cthulhu: Zew CthulhuWidmo nad InnsmouthW górach szaleństwaKolor z innego wszechświata. To nie są opowieści o potworach pod łóżkiem – to lęk przed bezmiarem kosmosu, przed tym, że jesteśmy mikroskopijnym pyłkiem na arenie istot starszych niż czas.

A dlaczego niektórzy jej nienawidzą?

W recenzjach często pada słowo-klucz: NUDA. Lovecraft pisał według niemal niezmiennego schematu (pamiętnik + narastające szaleństwo + byt z innego wymiaru). Czytane jedno po drugim, opowiadania zlewają się w powtarzalny, męczący szum.

Co gorsza – brak tu klasycznej akcji. Dialogi? Prawie ich nie ma. Zwroty akcji? Zapomnij. Zamiast tego dostajemy strony drobiazgowych opisów geologii, genealogii zdegenerowanych rodzin czy planów niepokonanych ruin. Największe opowiadania – W górach szaleństwa i Cień spoza czasu – część czytelników określa wprost jako „zrzuty wiedzy” (lore dump), przypominające nudny artykuł encyklopedyczny o wymyślonych przez autora rasach pradawnych. Nawet w Zewie Cthulhu, pomimo tak brutalnie sugestywnego cytatu, dłuży się momentami opis dokumentów i drzew genealogicznych.

Dylemat czytelnika w jednej soczewce

Całą istotę sporu o Lovecrafta idealnie naświetla najdłuższy utwór w tym zbiorze – mini-powieść Przypadek Charlesa Dextera Warda. To tekst, który z jednej strony zachwyca genialnym konceptem fabularnym. Motyw nekromancji, wskrzeszania z „niezbędnych soli” i mrocznej tajemnicy rodzinnej trzyma w napięciu. Prawdziwym majstersztykiem jest tu psychologiczny horror: starożytny czarnoksiężnik Joseph Curwen zostaje przywrócony do życia, po czym bezwzględnie morduje swojego wskrzeszyciela (i zarazem potomka), by dosłownie wejść w jego skórę i przejąć jego tożsamość przed światem. To absolutny triumf wyobraźni Samotnika z Providence.

Ale ten sam utwór bezlitośnie obnaża największe grzechy autora. Zanim dotrzemy do tego elektryzującego finału, Lovecraft zmusza nas do literackiej drogi przez mękę. Pisarz zamienia się w znudzonego geodetę i archiwistę, serwując nam nieskończone, nużące strony pełne kolonialnych rodowodów, spisów ksiąg na półkach, historii handlu w Providence czy drobiazgowego wyliczania nazwisk osób, które nie wnoszą nic do fabuły. Genialne napięcie zostaje brutalnie zamordowane przez manię uwiarygodniania historii na siłę. To właśnie w tym utworze najmocniej czuć to, co potrafi zmęczyć do łez.

Porada dla przyszłego czytelnika

Nie czytaj tego tomu „ciurkiem”. To nie jest powieść do pochłonięcia w jeden weekend. To książka do seansów – jedno opowiadanie na dwa, trzy dni. Najlepiej z przerwą, by mrok zdążył opaść. Widmo nad Innsmouth i Kolor z innego wszechświata to absolutne hity, od których warto zacząć. A gdy trafisz na cytowany wyżej fragment z Zewu Cthulhu – zatrzymaj się na chwilę. Bo więcej brudu, plugastwa i niesamowitości w jednym zdaniu nie napisał prawie nikt.

Werdykt

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści to bez wątpienia najważniejszy i najlepiej oceniany zbiór Lovecrafta na polskim rynku. Ale zarazem jeden z najbardziej przereklamowanych – jeśli nie trafisz w jego rytm. Maciej Płaza dał nam arcydzieło translatorskie (czego dowodem jest choćby ten „pękający pęcherz Cthulhu”). Pytanie tylko, czy sam Lovecraft – przegadany, powtarzalny, antyczny w swoich manierach – w ogóle zasługuje na taką pieczołowitość. Dla jednych to poezja grozy. Dla innych – pięknie opakowana, archaiczna nuda. Wybierz swoje szaleństwo.