…muszę się spieszyć, bo czasu jest mało.
Nazywam się Cezary Larski i wszystko wskazuje na to…że właśnie umarłem.
Zapisuję to, bo nie mam zbyt wielu opcji. Dookoła nie widzę dosłownie nikogo. Zostałem sam w tej niekończącej się pustej przestrzeni. Zewsząd otacza mnie biel, która ciągnie się w każdą stronę. Podłogę czuję, poruszam się po perłowej tafli, natomiast jeśli chodzi o górę, sufit, który powinien znajdować się nade mną, tu sprawa ma się zgoła inaczej. Nie jestem pewien czy w ogóle jakikolwiek istnieje i gdzie ma swoją granicę. Mam wrażenie, że żadna ze stron nie doprowadzi mnie donikąd. Mógłbym iść i iść nie natrafiając na kraniec. Jeśli starczy mi chwili sprawdzę, czy mam słuszność. Nie wiem, gdzie jestem, ale z biegiem czasu powoli zaczynam się domyślać.
A ile czasu tu jestem? Niedługo, chyba.
Wiedziałem, ale kiedy dłużej pomyślę, nie mam już pewności czy pół godziny, czy też może kilka dni. Posadzili mnie tu, nie zostawiając żadnych wskazówek ani wyjaśnień. W miejscu, które można by uznać za jeden z najdziwniejszych szpitali świata.
Mój cień tworzy na podłodze kontrast — jeden z raptem trzech. Wszechobecna biel, w niej ja, czarne krzesełko wraz ze stolikiem, a do tego pióro i kawałek papieru spoczywające na nim.
Odosobniony szukałem reszty, lecz nie mam pojęcia, gdzie mogą się teraz podziewać. Ostatnie co pamiętam sprzed trafienia w miejsce, w którym jestem aktualnie, to zbliżający się w moją… to znaczy naszą stronę wielki, słup potężnego billboardu. A potem, potem…Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund.
Mieliśmy wypadek. Tak, na pewno do niego doszło. Przywołuję coraz więcej wspomnień i obrazów z tamtego wieczoru, kiedy wracaliśmy z centrum handlowego. Byłem kierowcą, a tuż obok towarzyszyła mi moja narzeczona Natalia. Za naszymi plecami, na tylnych fotelach jechali Julia z Robertem, również para oraz nasi przyjaciele od czasów szkoły średniej. Próbuję sobie przypomnieć, ile mieliśmy lat, lecz wszystkie liczby i daty uciekają mi z głowy, jakby to miejsce próbowało je wymazać, zdezaktualizować.
To miały być szybkie zakupy spożywcze na wspólny wieczór, a dodatkowo mieliśmy zamiar rozejrzeć się — choć tylko pobieżnie — za grubszymi kurtkami na zbliżającą się wielkimi krokami zimę. Nigdy nie byłem entuzjastą zakupów robionych w centrach handlowych, bowiem zwykłe łażenie w te i nazad mnie wyraźnie męczyło, a z reguły skutki były takie, że po długiej tułaczce wracaliśmy z pustymi rękoma. Na koniec i tak dokonywaliśmy transakcji w internecie i to często w mniej niż trzydzieści minut. Jedynie Robert znalazł wtedy coś dla siebie, z tym, że on należał do typu człowieka noszącego cokolwiek, byle by realizowało swoje zadanie. Ocieplany worek z kapturem spełniłby jego oczekiwania. Można i tak, nie krytykuję.
Kiedy już targaliśmy w rękach foliowe torby przepełnione przeróżnymi rodzajami przekąsek, słodyczy i soków, wszystkim niemal jednocześnie zaczęło burczeć w brzuchach. Fakt faktem, że zawsze należeliśmy do żarłoków, jednak na ile to było możliwe, utrzymaliśmy wciąż dobre sylwetki.
Nikomu z nas nie chciało się spędzać na chodzeniu po sklepach więcej czasu, niż było to konieczne. Każdy (bez wyjątku) był po pracy. Ja jako informatyk, choć odczuwałem zmęczenie, nie mogłem go porównywać do wycieńczenia Roberta i Julii. Pracowałem zdalnie, i choć mogło się to wydawać wygodne (tak było) po czasie jednak oczy odczuwały mój styl pracy i zapewne za jakiś czas spotkałbym się z konsekwencjami. On jako monter okien, który prowadził firmę z ojcem, w skali tygodnia nadźwiga się tyle ile ja przez minimum pięć lat. Ona z kolei pracująca w urzędzie miasta, miała na głowie spraw tak wiele, że nie zdołałbym policzyć. Moja Natalia jest…to znaczy była przedszkolanką i choć obdarzona specjalną cierpliwością, co wprawiało mnie w niemały podziw, pod koniec tygodnia była na skraju wyczerpania i załamania. Dzieciaki bywają rozkoszne, ale i męczące bardziej od półmaratonu. Nadszedł piątek więc czym prędzej chcieliśmy zasiąść przy stole i wypocząć. Przechodzone nogi oraz głód zgodnie gnał nas w kierunku samochodu. Kiedy wyszliśmy z galerii było już ciemno. Od razu wyczuliśmy uderzający w nas zimny powiew powietrza i mróz jaki nastał na dworze. Szyby samochodów były całe oszronione, a kryształki lodu tworzyły mozaiki nie do podrobienia. Z kolei palce i nosy raptem po kilku sekundach przypominały sople. Myliłem się. Zima przyszła już na dobre. Cały parking oświetlony przez latarnie, niemal opustoszał, gdyż najwidoczniej byliśmy jednymi z ostatnich klientów. Bez problemu znaleźliśmy nasz samochód, jednakże droga do niego nie należała do najkrótszych. Nieodpowiednio ubrani zdążyliśmy przemarznąć do szpiku kości. Zapakowaliśmy się do środka najszybciej jak mogliśmy. Na sam początek każdy domagał się, podkręcania ogrzewania na maksimum i ani na moment przez myśl mi nie przeszło, by się temu opierać.
— Spadajmy stąd. Jestem głodna i cała dygoczę — powiedziała do mnie Natalia, szturchając lekko przy tym mój bark.
— Dobrze mówi! Już sobie wyobrażam zapach świeżej i gorącej pizzy pepperoni, o ile Ty ją Czarku stawiasz — rzucił z tyłu Robert, głupkowato się przy tym uśmiechając.
— Wy jesteście w zmowie, dobrze rozumiem? Julio Ty też? — udałem urażonego.
Milczała, ale to znaczyło dla mnie tyle co ,,tak”.
Wyjechałem z parkingu i ruszyliśmy w naszą ostatnią przejażdżkę. Przez całą drogę mnie denerwowali. Wiercili się z tyłu, przepychali jakby miejsca im było mało — a nie było. Co jak co, ale moja Toyota była bardzo pojemnym samochodem. Byłem naprawdę głodny, a ich komentarze dotyczące jedzenia i snucie planów również z nim związane, napędzały we mnie machinę złości. Wiadomo jak to z człowiekiem bywa. Natalia z kolei praktycznie milczała i co jakiś czas tylko upominała mnie bym skupił się na jeździe. A przecież się skupiałem. Jeżdżę od ponad dziesięciu lat (a może dłużej, nie wiem sam) a tymczasem upominała mnie osoba bez prawa jazdy. Frustrujące! Wtedy uznałem to za szczyt bezczelności, natomiast kiedy to pisze, moje zdanie się zgoła zmieniło. Jakże głupi byłem.
— Zdążyłeś zmienić opony na zimowe? — zapytała.
— Przedzwonię jutro i umówię się na termin — odparłem nie patrząc na nią.
— Powtarzasz to codziennie od dwóch tygodni. Kiedy Ty do cholery zamierzałeś to zrobić. Mamy prawie połowę grudnia, lód na szosie.
— Powiedziałem, że zrobię to jutro. Nie narzekaj, bo to ja wożę nam tyłki.
— Ale mógłbyś jechać jednak nieco wolniej Czarek — odezwała się Julia z tylnej kanapy.
Odpowiedziałem jej na to, tak jak ona mi wcześniej — milczeniem. Kątem oka zerkałem w lusterko wsteczne, by zobaczyć jej reakcję, ale skończyło się tylko na wgapianiu w rozmrażającą się powoli tylną szybę.
Późna pora skutkowała znikomym ruchem ulicznym jak i pieszym, a niemal prosta niczym autostrada trasa pozwalała bym gnał tak szybko, jak sam sobie tego życzyłem. Pamiętam jak mniej więcej w połowie drogi zapaliła się kontrolka informująca mnie o niskim poziomie paliwa, lecz znałem swój samochód na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż bez nerwów dojadę do celu, a potem jeszcze na stację. Mieliśmy już naprawdę niedaleko. Od czasu do czasu pikał też czujnik odpowiedzialny za dopilnowanie zapiętych pasów bezpieczeństwa u kierowcy. Zbywałem go syknięciem, a on po chwili znów na jakiś czas się wyciszał. Ignorowałem go, tak jak uwagi Natalii dotyczące nieco przekroczonej prędkości. Przecież to błąd wlec się z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy pusta szosa ewidentnie pragnie bym ją wykorzystał.
Zgroza.
Nie lubiłem zapinać pasów i rzadko to robiłem. Krępowały mnie, zbyt ograniczały, bym był nimi ściśnięty. A przynajmniej tak sobie wmawiałem. Sobie oraz reszcie. Gdy o tym pomyślę, dochodzę do wniosku, że robiłem to tylko po to, by zrobić na przekór reszcie i pokazać, że JA NIE MUSZĘ. Po pewnym czasie dźwięk przypominający o pasach, był dla mnie na tyle uciążliwy, że zapiąłem go za swoimi plecami. Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej siebie nie rozumiem. Skoro zrobiłem ten ruch, to dlaczego nie mogłem po prostu opleść nim siebie? Kuriozum, ale nie pierwsze i nie ostatnie.
Wyjechaliśmy z miasta i trafiliśmy na niemal gołe tereny. Domy pojawiały się sporadycznie, tak samo jak latarnie oświetlające zmrożoną ulicę. Po kilku chwilach i jednej kłótni rozegranej na tylnej kanapie, która rozstrzygnęła się na korzyść Julii (biedny Robert zawsze przegrywał) wjechaliśmy na teren wsi. To z kolei zwiastowało, że do naszego domu był naprawdę rzut kamieniem. Nieco mocniejszy, ale jednak. Wieś Nowy Sad, bo o tej mowa, praktycznie sąsiadowała z naszą. Kiedy popatrzyłem na elektroniczny zegar, burknąłem zszokowany godziną. Zbliżała się 23:00, a to znaczyło, że znalezienie otwartej pizzeri (o ile na ten rodzaj kolacji miało koniec końców paść) będzie graniczyło z cudem. Nawet nie chciałem innym zwracać na to uwagi. Jeśli już jechaliśmy to jedźmy. Jeszcze by mnie prosili, abym sam teraz gnał po pizzę. Niedoczekanie wasze, pomyślałem.
— Jak już obejrzymy Jumanji, ale to z Robinem Williamsem, proponuję żebyśmy w coś pograli. Może UNO? O, albo wiem, ułożymy puzzle. Takie wielkie, wieki tego nie robiłam. Mamy kilka do wyboru — rzekła, a wręcz wykrzyczała z entuzjazmem Natalia.
Na samą myśl o Jumanji wywracam oczami, bowiem żadnego innego filmu nie widziałem tyle razy co tego. A co do puzzli, obawiałem się, że nic mnie tak skutecznie nie ułoży do snu jak one.
— Dobrze — odpowiedziałem bez emocji.
— A jakie chcesz? Ze starymi samochodami czy z Batmanem i Robertem?
— Robinem…
— Słucham?
— Z Robinem — odparłem sucho — Roberta masz z tyłu. To ten z wąsem.
Uśmiechnęła się, nawet uroczo. Wiedziałem, że powiedziała to specjalnie i miała nadzieję, iż ją poprawię.
— To które w końcu?
— Obojętnie — wzdychnąłem.
— To wybieram stare samochody.
— Dobrze, niech będzie.
— A może najpierw puzzle, a potem film? — spytała z ciągłym zapałem.
— Obojętnie. Boże. Obojętnie! — zirytowany podniosłem głos. — Dojedziemy to będziemy się wtedy o to martwić.
Jej uśmiech przygasł, a po chwili zupełnie zniknął. Przegiąłem, nie utrzymałem nerwów na wodzy, a przecież nic takiego się nie stało. Żałuję swoich słów, ponieważ zabrałem jej uśmiech. Nie pierwszy raz, a ostatni czas obfitował w to coraz częściej. Nie wiem co się ze mną działo. Ten piękny uśmiech, którym potrafiła zarażać nawet najsmętniejsze osoby. Poza tym to był jej ostatni raz, kiedy go użyła i nigdy więcej go nie widziałem. Ta kobieta była zwyczajnie dla mnie za dobra. A ja? Gorzkniałem z roku na rok i być może osoby, które trzymały się ze mną do tej pory, były tylko i wyłącznie obok z przyzwyczajenia. Jeśli nie to, to nie rozumiem ich wcale. Sam bym siebie nie lubił i po prawdzie trochę tak było.
Popełniłem tego wieczoru jeszcze trzy błędy. Te już były katastrofalne w skutkach.
Nie zapiąłem pasów.
Jechałem zdecydowanie za szybko.
Zimowe opony spoczywały głęboko w narożniku naszego garażu.
— Najpierw Jumanji, a potem puzzle — delikatnie oparłem dłoń na jej udzie i spojrzałem jej w oczy — Zaraz będziemy na….
— Uważaj! — wrzasnęła.
Z ciemności wyłoniła się dwójka ludzi, chcących przejść przez jezdnię. Wystarczyłoby, żeby poczekali dwie sekundy, aż przejedziemy, ale postanowili wtargnąć właśnie w tamtym momencie. Może byli pijani, a może nie. Może weszli na drogę już wcześniej. Tego nie wiem. Jechałem prędko, a ich widok mnie zaskoczył. Byłem zbyt pewny, że nikogo nie spotkamy. Nie o tej godzinie, nie w taką pogodę.
A jednak.
Nacisnąłem hamulec do oporu, ale trzydzieści metrów w takich warunkach to tyle co nic. Droga hamowania nieubłaganie się kończyła, a Toyota sunęła dalej.
— O mój Boże! — usłyszałem z tyłu samochodu. To i nic więcej.
Samochodem zarzuciło, a piesi stali spanikowani jak słupy soli na samym środku asfaltu. Opony ślizgały się jak na lodowisku, a nami rzuciło na bok raz jeszcze. Tym razem znacznie mocniej. Wyrzuciło nas na prawą stronę i lecieliśmy wprost na słup billboardu, stojący tuż obok na poboczu. Reklama rajstop firmy o włoskim brzmieniu staje mi co chwilę przed oczami. To cholerstwo pamiętam aż za dokładnie. Ponowne piski i krzyki, nic poza tym. To wszystko działo się tak szybko. Nie zdążyłem na nich po raz ostatni zerknąć, nie podziękowałem za to, że byli ze mną tyle czasu, nie przeprosiłem za to co właśnie im wyrządziłem.
Uderzyliśmy z impetem, głównie stroną pasażera. Głównie stroną, gdzie siedziała moja droga Natalia. Ostatnie co pamiętam to sekundowy urywek, gdy słup wbijał się w wóz tak gładko niczym nóż w masło oraz siebie wypadającego z fotela i tłukącego głową przednią szybę. Gdybym zapiął pasy, być może bym przeżył, lecz po błędach jakie popełniłem i ofiarach jakie za sobą pociągnęły, nie wiem jak bym miał z tym dalej żyć. Czy wylądowałem na pozostałościach maski samochodu, czy dziesięć metrów dalej z rozwaloną głową na śniegu, to nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Nie chcę nawet myśleć co się stało z Natalią, jak bardzo w tym ucierpiała. Jak wyglądała, kiedy ją próbowano wyjąć ze zgniecionego wraku. To był zapewne przerażający widok. Bez wątpienia nie żyje, tak jak i ja, jednakże nigdzie obok jej nie dostrzegam. Co stało się z nią dalej? Zarówno chcę wiedzieć jak i boję się odpowiedzi. Jeśli powiem, że to nie tylko ciekawość, a troska, obawiam się, iż nie wydam się wiarygodny. Poza tym nie podejrzewam, by miało to coś zmienić. Istnieją jednak szanse, że pasażerowie z tyłu wyszli z tego cało. Chociaż może ich moja głupota nie zabrała do grobów. Mam taką nadzieję, choć nie wiem czy to nie próba daremnego pocieszenia.
Boże, pierwsze słowa zaczęły tracić ostrość…
Teraz już zupełnie zniknęły. Nie wiem co się dzieje.
Dookoła w dalszym ciągu zieje biała pustka.
Znikąd nikt nie nadciąga.
Przedstawiłem się?
…muszę się spieszyć, bo czasu jest mało.
Nazywam się Cezary Larski i wszystko wskazuje na to… że właśnie umarłem.
Zapisuję to, bo nie mam zbyt wielu opcji. Dookoła nie widzę dosłownie nikogo. Zostałem sam…