Share this post on:

Zasada jest prosta, powtarzana w kuluarach wielkich oficyn wydawniczych jak mantra: „Wydajemy tom pierwszy. Jak się sprzeda, pomyślimy o kontynuacji”. Brzmi rozsądnie? Tylko z punktu widzenia chłodnej korporacyjnej kalkulacji. Dla czytelnika i dla samego autora to początek toksycznego, błędnego koła.

Ostatnio na jednej z dużych grup zrzeszających fanów fantastyki wywiązała się dyskusja o porzucaniu serii przez wydawnictwa. Czytelnicy żalili się, że zostali z ręką w nocniku – historia urwana w połowie, a wydawca umywa ręce, bo słupki w Excelu nie zazieleniły się wystarczająco szybko. W odpowiedzi jeden z autorów celnie zdiagnozował paranoję tego systemu: czytelnicy nie kupują pierwszego tomu, bo boją się, że seria zostanie porzucona. Wydawca porzuca serię, bo… czytelnicy nie kupili pierwszego tomu.

Wszyscy stoją, patrzą na siebie z nieufnością, a literatura umiera w przedpokoju.

Zakładnicy świętego Targetu

Tradycyjny rynek zrobił z nas zakładników. Jako autor masz napisać hit od pierwszego akapitu, a jako czytelnik masz biec do księgarni w dniu premiery i kupować w ciemno, modląc się, by za rok poznać dalsze losy bohaterów. Jeśli machina promocyjna zawiedzie, historia trafia na przemiał. „Brak deseru, bo przystawka za mało zarobiła” – ot, cała filozofia.

Gdy obserwuję to z boku, jako pisarz niezależny, czuję przede wszystkim ogromną ulgę. I satysfakcję, że nie muszę w tym chorym tańcu uczestniczyć.

Kiedy wchodzę w relację z ludźmi, którzy poświęcają swój czas i uwagę mojej wyobraźni, biorę za to pełną, osobistą odpowiedzialność. Fantastyka to gatunek specyficzny – tu rzadko kiedy da się zamknąć całe uniwersum w dwustu stronach. Opowieść potrzebuje oddechu, przestrzeni i przede wszystkim… gwarancji, że ma swój zaplanowany koniec.

Dwa tomy na stół. Bez układów i bez czekania

Właśnie dlatego, na przekór rynkowym „dobrym radom”, podjąłem decyzję, że moja najnowsza powieść fantasy, „Rudchorta i miecz prawdy”, ukaże się od razu jako dwutomowe wydanie. Oba tomy uderzają w rynek jednocześnie.

Dlaczego? Bo mogę. Bo jako self-publisher nie mam nad sobą dyrektora finansowego, który każe mi dawkować emocje czytelnika w zależności od kwartalnego raportu sprzedaży.

Wydanie dwóch tomów naraz to mój manifest niezależności i wyraz szacunku dla Was, czytelników. Chcę dać Wam pełne doświadczenie, kompletną podróż przez stworzony przeze mnie świat – bez lęku, że za pół roku wydawca zmieni profil albo uzna, że elfy i intrygi polityczne słabiej się klikają niż w zeszłym miesiącu. Jeśli decydujecie się wejść do mojego świata, dostajecie do niego pełny bilet.

Nowa era czytelniczego bezpieczeństwa

Self-publishing przez lata kojarzył się głównie z walką o wyższe marże i niezależność artystyczną autora. Dziś staje się czymś więcej – staje się dla czytelnika oazą bezpieczeństwa. Gwarancją, że nikt nie przerwie mu seansu w połowie filmu i nie zgasi światła w kinie.

Tradycyjny system zjada własny ogon, karmiąc się nieufnością. Czas to zmienić. Czas na literaturę tworzoną na własnych, zdrowych warunkach, gdzie słowo dane czytelnikowi znaczy więcej niż wykresy sprzedaży.

Dwa tomy gotowe, wydrukowane, czekają na Was. Bez czekania, bez ryzyka, bez Excela. Po prostu opowieść zaserwowana od początku do samego końca. Tak, jak na to zasługujecie.