Share this post on:

Trudna sztuka rozczarowania – kiedy eksperyment zaczyna pożerać opowieść

Ocena: 0/10

Są książki, których nie lubię, ale potrafię bez większego problemu wskazać ich zalety. Są też takie, które mnie irytują, a mimo to po przeczytaniu zostawiają we mnie coś, nad czym warto się zastanowić. I są wreszcie książki, przy których po zamknięciu ostatniej strony pozostaje przede wszystkim jedno pytanie: po co właściwie przez to wszystko przebrnąłem?

„Inni ludzie” Doroty Masłowskiej należą u mnie do tej ostatniej kategorii.

To książka, której nie daję nawet jednego punktu. Nie dlatego, że autorka porusza tematy kontrowersyjne. Nie dlatego, że używa wulgaryzmów. I nie dlatego, że jej bohaterowie są antypatyczni. Literatura nie musi być przecież miła, grzeczna ani przyjemna. Problem polega na czymś innym. Nie przekonał mnie sposób, w jaki te wszystkie środki zostały wykorzystane.

Rap, który szybko przestaje być eksperymentem

Największym problemem „Innych ludzi” jest dla mnie forma. Masłowska buduje powieść na stylizacji przypominającej rapowy poemat. Tekst pulsuje rytmem, frazy nakładają się na siebie, słowa tworzą charakterystyczny ciąg skojarzeń. Na początku robi to naprawdę duże wrażenie. Przez pierwsze trzydzieści, może czterdzieści stron można pomyśleć: to jest ciekawe. Problem w tym, że książka nie potrafi później odpowiednio wykorzystać tego efektu.

Ciągły rytm, który początkowo jest interesującym zabiegiem formalnym, z czasem staje się monotonny. Całość zaczyna brzmieć jak jeden długi utwór utrzymany w podobnej tonacji. Zamiast pomagać w odbiorze historii, forma coraz częściej zaczyna odciągać od tego, co w powieści powinno być najważniejsze — od opowieści.

I właśnie wtedy eksperyment zaczyna pożerać opowieść.

Nie mam problemu z literackim eksperymentem. Wręcz przeciwnie. Lubię, kiedy autor próbuje zrobić coś inaczej. Tyle tylko, że eksperyment formalny powinien ostatecznie służyć książce, a nie odwrotnie. Tutaj po pewnym czasie miałem wrażenie, że czytam przede wszystkim popis formalny, a dopiero gdzieś pod nim próbuję odnaleźć historię.

Autentyzm, który stał się stylizacją

Jeszcze większy problem mam z językiem. „Inni ludzie” są pełni slangu, wulgaryzmów, zlepków słownych, powtórzeń i zapętlonych fraz. Wszystko to ma tworzyć określony obraz współczesnej Warszawy i jej mieszkańców. Tylko że dla mnie osiąga efekt odwrotny. Zamiast autentyzmu dostaję karykaturę autentyzmu.

Mam wrażenie, jakby ktoś próbował wyobrazić sobie, jak powinien brzmieć człowiek z blokowiska, człowiek żyjący reklamą, konsumpcją, ulicznym slangiem i internetowymi kliszami — a następnie wszystkie te elementy wrzucił do jednego językowego blendera.

Nie twierdzę, że taki język nie może być zamierzonym zabiegiem. Oczywiście, że może.

Pytanie brzmi jednak: czy działa?

Dla mnie nie. Po pewnym czasie przestaję słyszeć bohatera. Słyszę autora konstruującego język bohatera. A to ogromna różnica.

Kiedy wulgaryzm przestaje cokolwiek znaczyć

Podobnie jest z wulgaryzmami. Nie jestem przeciwnikiem przekleństw w literaturze. Wulgaryzm może być znakomitym środkiem stylistycznym. Może charakteryzować postać, określać środowisko, budować emocje, podkreślać agresję albo bezsilność. Ale właśnie dlatego powinien coś robić. W „Innych ludziach” tych wulgaryzmów jest dla mnie tak dużo, że po pewnym czasie przestają mieć siłę. Kiedy wszystko jest mocne, nic nie jest już naprawdę mocne. Kolejne przekleństwo nie szokuje. Kolejna agresywna fraza nie buduje napięcia. Kolejny językowy zlepek nie charakteryzuje już bohatera, tylko staje się częścią nieustannego stylistycznego hałasu.

I w tym właśnie widzę problem.

Nie chodzi o to, że Masłowska używa brzydkich słów. Chodzi o to, że nie dostrzegam wartości artystycznej, która równoważyłaby ich ogromne nagromadzenie. Zamiast budować świat przedstawiony, język coraz częściej staje się przeszkodą w jego odbiorze.

Kamil i Iwona, czyli dwie samotności

W centrum powieści znajdują się Kamil i Iwona. Kamil to młody człowiek z blokowiska, zdemoralizowany, leniwy, pełen pogardy dla otoczenia i żyjący z handlu narkotykami. Iwona jest jego przeciwieństwem pod względem społecznym — starsza, bogata, zakompleksiona, sfrustrowana i zanurzona w konsumpcyjnym świecie. A jednak oboje są do siebie zaskakująco podobni. To dwie osoby samotne. Dwie osoby zamknięte we własnych rolach. Dwie osoby, które właściwie nie potrafią stworzyć prawdziwej relacji z drugim człowiekiem. To akurat uważam za interesujący punkt wyjścia. Problem polega na tym, że nie udało mi się uwierzyć w tych bohaterów jako ludzi.

Widzę raczej figury reprezentujące określone grupy społeczne. Kamil jest „chłopakiem z blokowiska”, Iwona jest „kobietą z klasy średniej”. Są ustawieni naprzeciw siebie jak dwa społeczne symbole. Brakuje mi natomiast psychologicznej głębi. Ich bierność, egoizm, kompleksy i prymitywizm emocjonalny zaczynają działać jak kolejne elementy konstrukcji, a nie jak cechy konkretnych ludzi. Najbardziej przeszkadza mi właśnie to poczucie stereotypowości. Nie wierzę, że człowiek może przez cały czas myśleć i mówić językiem reklam, słów-kluczy, stereotypów i wulgaryzmów. Nawet człowiek bardzo prosty ma momenty ciszy. Wątpliwości. Wspomnienia. Marzenia. Lęki, których nie potrafi nazwać.

Tutaj natomiast mam wrażenie, że bohaterowie niemal nieustannie odgrywają samych siebie.

Tu nie ma relacji. Jest fizjologia.

Jeszcze większy problem mam z relacją Kamila i Iwony. Nie widzę tutaj romansu. Nie widzę namiętności. Nie widzę nawet szczególnego napięcia między dwojgiem ludzi.

Widzę fizjologię.

Ich zbliżenie nie prowadzi do prawdziwej bliskości. Jest raczej chwilowym wykorzystaniem drugiej osoby — próbą zabicia nudy, samotności, frustracji czy własnej pustki. I jestem w stanie zrozumieć, że właśnie taki efekt autorka mogła chcieć osiągnąć. Tylko że jako czytelnik nie otrzymałem dzięki temu żadnego interesującego doświadczenia. Wręcz przeciwnie. Ten sposób przedstawienia relacji wywoływał we mnie przede wszystkim dyskomfort, a momentami wręcz obrzydzenie. I nie chodzi mi o pruderię. Seks w literaturze może być brutalny, wulgarny, odpychający czy pozbawiony romantyzmu. Wszystko zależy od tego, co autor dzięki temu osiąga. Tutaj poza pokazaniem pustki nie znalazłem niczego, co pozwoliłoby mi wyjść poza tę pustkę. Zamiast napięcia pomiędzy dwojgiem ludzi dostałem opis dwóch samotności, które na chwilę wykorzystują siebie nawzajem.

Najciekawsze jest to, że rozumiem tę książkę

I być może właśnie dlatego oceniam ją tak nisko. Nie mam wrażenia, że „Inni ludzie” są pozbawieni pomysłu. Przeciwnie. Widzę ambicję. Widzę próbę pokazania samotności współczesnego człowieka, pustki relacji, konsumpcjonizmu, społecznych podziałów i ludzi zamkniętych w rolach, z których nie potrafią się wydostać. Widzę również świadomą konstrukcję języka. Tylko że czym innym jest zrozumieć zamysł autora, a czym innym uznać, że ten zamysł został dobrze zrealizowany.

A mnie ten sposób realizacji nie przekonał.

Jeden fragment, który zwrócił moją uwagę

Jest w książce fragment, który szczególnie dobrze pokazuje problem, jaki mam z jej językiem. Bohater wyrzuca z siebie ciąg skojarzeń dotyczących symboli narodowych, Warszawy, cudzoziemców, Ukraińców, pracy i McDonald’s. Jest tam wszystko naraz: stereotypy, uprzedzenia, wulgaryzmy, reklamy, polityczne klisze i językowa agresja.

Każdy łoś ma to, chyba są do gum Donald dołanczane, rękawa dumnie jeden z drugim podwija, a nie wie nawet co to było Powstanie. A jest to symbol walki z okupantem, w obecnej dobie aktualny, gdy Warszawa jest okupowana przez pedałów i przebierańce, różne banany naciągane, asfalty. Pakistańce i inne cing-ciang-ciąg Wietnamy. Przeprasza, ale taka prawda. A zwłaszcza Ukraińców, co wypierają z rynku Polaka. Bo dadzą sobą przez pracodawcę pomiatać, a Polak ma honor i nie da sobą pomiatać., a jak go jeszcze raz matka się zapyta, jak tam jego praca, to powie: idź, zapytaj Olega, Wadima, i innego Pankraca, czy się fajnie myje Polakom starcze i pitfasi kanapki w McDonaldsach, bo to jej marzenie straszne, żeby on też całymi dniami składał scalone układy : bułka, ser, sałata, burger, ser i taca – już to przerabiał, jedną zmianę wytrzymał i narazka, dla niego to jakiś dzień świstaka.

I właśnie ten fragment był dla mnie ciekawy. Nie dlatego, że podoba mi się to, co bohater mówi. Nie podoba mi się. Ciekawe jest natomiast to, jak konsekwentnie zostaje skonstruowany jego sposób postrzegania świata. Człowiek nie prowadzi tutaj spokojnego wywodu. Raczej wyrzuca z siebie gotowe hasła, uprzedzenia i skojarzenia. Można więc uznać, że Masłowska świadomie buduje w ten sposób głos swojej postaci. Tylko że nawet przy takim założeniu pozostaje moje podstawowe pytanie: czy trzeba było przez całą książkę mówić tak głośno, żeby powiedzieć coś, co można było powiedzieć znacznie skuteczniej?

Zero punktów

„Inni ludzie” są dla mnie książką, w której forma miała być jednym z najważniejszych atutów, a stała się największym obciążeniem. Język miał tworzyć autentyzm, a wywołał we mnie poczucie sztuczności. Wulgaryzmy miały wzmacniać przekaz, a po pewnym czasie przestały dla mnie cokolwiek znaczyć. Bohaterowie mieli być odpychający — i rzeczywiście są. Tyle że nie znalazłem w nich wystarczającej głębi, żeby ta niechęć mogła przerodzić się w zainteresowanie.

Relacja Kamila i Iwony miała prawdopodobnie pokazać pustkę i samotność. Pokazała mi przede wszystkim fizjologię, która zamiast poruszać, odpycha.

Być może jest to książka ważna dla kogoś, kto ceni przede wszystkim eksperyment formalny i językową brawurę. Nie zamierzam tego kwestionować. Ale recenzja jest również zapisem osobistego doświadczenia czytelnika. A moje doświadczenie było jednoznaczne: zmęczenie zamiast fascynacji, dystans zamiast zaangażowania, fizjologia zamiast bliskości i stylizacja zamiast autentyzmu.

Dlatego moja ocena brzmi:

0/10.

Nie dlatego, że „Inni ludzie” nie próbują być czymś więcej. Właśnie dlatego, że próbują ale ja nie znalazłem w tym eksperymencie niczego, co wynagrodziłoby mi trud jego lektury.