Share this post on:

Kiedy piszę, pędzę na złamanie karku. Liczy się tylko to, by uchwycić scenę, zanim zniknie mi sprzed oczu. Przelewam na ekran czyste emocje i akcję w najprostszy, najbardziej pospolity sposób. Efekt? Pierwsza wersja żyje, ale… jest potwornie zachwaszczona.

Prawdziwa zabawa (i krew, pot oraz łzy) zaczyna się przy redakcji. Ostatnie tygodnie spędziłem na totalnym sprzątaniu mojej nadchodzącej powieści fantasy „Rudchorta i miecz prawdy”. Moje główne grzechy? Diagnoza była prosta: ciężki przypadek „byłozy” i „nagłozy”.

Każda z moich akcji czyszczących miała swoją roboczą, bezwzględną nazwę:

– „Byłoza” – plaga słów był/była/było. Dość powiedzieć, że w samym drugim tomie rozprawiłem się z ponad 1700 tymi chwastami! 1700 razy zdanie mogło brzmieć lepiej, dynamiczniej, bardziej obrazowo.

– „Nagłoza” – bezwiedne wpychanie słowa nagle tam, gdzie akcja wcale nie potrzebowała sztucznego poganiania.

– „Powiedziałozmęczenie” – czyli nudne, powtarzalne czasowniki dialogowe, które zabijają rytm rozmowy bohaterów.

Największa pułapka?

Wielu myśli, że redakcja to wciśnięcie Ctrl+H i bezmyślne kasowanie. Nic bardziej mylnego! Samo usunięcie słowa to najczęściej murowany błąd konstrukcyjny. Siedziałem nad tekstem tygodniami, przepisując całe zdania, a nieraz konstruując całe akapity od nowa. Wszystko po to, by tekst zaczął oddychać, a styl stał się plastyczny.

Niewidzialni bohaterowie naszych książek

Ale autor to tylko połowa sukcesu. Samemu, z klapkami na oczach po miesiącach pisania, nie da się wyłapać wszystkiego. I tu wchodzi ona – moja Redaktorka, pani Beata Statkiewicz.

Chcę jej w tym miejscu ogromnie podziękować. Beata bezbłędnie wyłapała moje potknięcia i logiczne nieścisłości w tekście, które mi – twórcy – kompletnie umknęły. Bez jej czujnego oka ta książka zawierałaby wpadki, przy których po premierze chyba zapadłbym się pod ziemię. Dobry redaktor to nie cenzor, to najlepszy przyjaciel tekstu.

Praca nad „Rudchortą…” od podszewki pokazała mi, jak pokorny trzeba mieć stosunek do własnych zdań.

A jak to wygląda u Was? Pytanie zarówno do autorów, jak i czytelników:

Na jakie słowa-chwasty jesteście najbardziej uczuleni? Co Was najbardziej drażni, kiedy rzucacie okiem na tekst? Dajcie znać w komentarzach!